Z pożółkłych kart przeszłości (4)

Czar wspomnień…

W tym odcinku wspomnień „przeskoczymy” z Polski północno-wschodniej, na południowy-zachód; do uroczych zakątków Karkonoszy i Jeleniej Góry.

Karkonosze, najwyższe pasmo Sudetów – to bardzo stare góry owiane wieloma mitami i legendami. Turyści odnajdują tam ciszę i spokój oraz piękne krajobrazy.

Najwyższym szczytem jest Śnieżka (1602 m n.p.m.). Któż nie pamięta przepięknych okolic i miast np. Karpacz, Szklarska Poręba, Kowary itd. Wspominam mile zjazdy młodzieży w Jeleniej Górze i wycieczki – właśnie w Karkonosze, z noclegiem w schronisku turystycznym „Odrodzenie”.

Ileż miłych doznań, wrażeń, nowych znajomości i wdzięczności dla Boga za takie miłe chwile.

Wycieczka w drodze ze Śnieżki (do schroniska „Odrodzenie” na nocleg).

Wspomnienia mogą być, a raczej przeważnie są historią, historią ludzi, o ludziach o ich troskach, kłopotach, wielkich i małych wydarzeniach – o życiu. Historia uczy pokory. Nie tylko „małych” ludzi, dlatego że są mniej znaczni niż „wielcy”, ale także  „wielkich”, dlatego, że wykazuje im ich „małość”.

Człowiek czyni historię. Każdy człowiek czyni historię. I każdy będzie odpowiadał, za swój udział w historii. Choćby ten udział polegał na daniu maleńkiego przykładu jednemu dziecku, lub zaniedbaniu  wykorzystania jednej okazji. Nie ma w rzeczywistości podziału na postaci historyczne i zwykłych ludzi. Wszyscy jesteśmy postaciami historycznymi!

W życiu każdego człowieka dzieje się wiele rzeczy. Te złe przeplatają się z dobrymi, smutne z radosnymi i uroczymi – są wzloty i upadki. W dniach dzieciństwa i młodości martwią się za dzieci rodzice, pomagają im ułożyć los – sugerują wybory, których dokonują wchodząc w samodzielne życie.

Młodym wszystko wydaje się proste i przejrzyste, „wybierają” swój model życia – ale w życiu jednak nie wszystko jest możliwe do kontrolowania. Wprawdzie jest powiedzenie, że „każdy jest kowalem swojego szczęścia”, czasami los – jednak „płata figle” i chcąc nie chcąc musimy się dostosowywać do innych, nowych warunków.

Czasami postanawiamy, przyrzekamy, ślubujemy; wydaje się, że nam się uda przejść przez życie gładko.  Raptem wyrastają olbrzymie góry i zderzenie z nimi kończy się katastrofą. W życiu duchowym bywa podobnie. Mamy w Biblii opisy bohaterów, którzy mieli swoje wzloty i upadki – nie wszyscy chwalcy Boga (Izraelici) byli Danielami, Hiobami czy Abrahamami.

Czy tych, którzy mieli swoje „załamania” na drodze wiary – Bóg odrzucił? Czasami tak, ale następowało to raczej z winy „człowieka bohatera”, który pozostawił Boga na uboczu swego życia.

Przy różnych okazjach wracam do okresu II Wojny Światowej, pamiętam kilku „cichych bohaterów” i to w armii niemieckiej i radzieckiej. Byli tacy, którzy pod ciężarem trudów wojennych załamali się. Byli również tacy, którzy gdzie tylko mogli szukali sobie podobnych i przychodzili na nabożeństwa sobotnie do kaplicy lub do prywatnych domów. Pamiętam takie spotkania w domu moich rodziców w Jarosławiu potem w Radomiu, przychodzili żołnierze armii okupacyjnej śpiewali „Pieśni Syjońskie”, modlili się razem – potem znikali.

Na pewno w sercu i myślach byli wierni swoim przekonaniom i modlili się prosząc Boga o ochronę i szybki powrót Zbawiciela, żeby przyszedł i uczynił koniec „piekłu wojny”. Wielu z nich nie doczekało takiego końca i… nadal wierzyli. Niektórym nie było dane wrócić do domów, do najbliższych. Wojna ma swoje prawa!

W tych wspomnieniach wrócimy do XIX wieku, a później do czasów powojennych; do początków zboru w Jeleniej Górze, do ludzi którzy w tamtych trudnych czasach ten zbór zakładali, pracowali zdobywając naśladowców Chrystusa.

Edward Szymański: „Miło jest wspomnieć jak w młodych latach pracowaliśmy z wiarą w imieniu Pana Jezusa, aby naszym bliźnim pokazać drogę do zbawienia przez Ewangelię”.

W kościele Dandenong w Australii, znalazło się szereg osób związanych ze zborem w Jeleniej Górze, niektórzy już odeszli i pod błękitnym niebem oczekują na spełnienie obietnicy Jezusa: „…przyjdę po was i wezmę was do siebie…”.

Rozmówcami moimi są: Edward Szymański, Bronisława Szymańska, Aleksandra Kubiś (Szymańska), Elżbieta Kowalewska (Szymańska), Zygmunt Ostrowski i wykorzystałem wspomnienia pastora J. Lipskiego.

– Bogusław Kot

Wędrówką jest życie człowieka…

Historię naszą rozpoczniemy w Rumunii, gdzie od połowy XIX wieku mieszkały rodziny Ostrowskich i Szymańskich. Dziadkowie Ostrowscy jako posiadacze dużego majątku ziemskiego w okolicach Radomia, w czasie „powstania chłopskiego” uciekli i schronili się na terenach późniejszej Rumunii.

W Rumunii z posiewu pracy polskiego misjonarza, pioniera europejskiego adwentyzmu – Michała Beliny Czechowskiego, było tysiące wyznawców adwentyzmu. To nie podobało się kościołowi oficjalnemu, który wywierał naciski na rząd i było duże prześladowanie tych, którzy wyznawali Prawdę adwentową. Wielu tych, którzy święcili sobotę, czytali Biblię i głosili o powtórnym przyjściu Jezusa, zostało wtrąconych do więzień, wielu musiało się ukrywać.

Stanisław Ostrowski (wujek Zygmunta Ostrowskiego z Dandenong), brat Honoraty Szymańskiej, był adwentystą i również dostał się do więzienia i nie mógł być odwiedzany przez wyznawców kościoła ADS. Cierpiał głód i zimno. Siostra jego Honorata, była odważna, a wtedy była jeszcze bardzo gorliwą katoliczką, chodziła ratować swego brata. Zanosiła żywność, ubrania ciepłe i koce (dla innych też!), bo zima była mroźna, w nocy temperatury spadały do – 40 st. C.

Planowała odwrócić brata od „sekty” i nakłonić go do powrotu do kościoła katolickiego. Stało się odwrotnie, brat Honoraty wszczepił delikatnie słowa Prawdy, a Duch św. – zmienił jej myśli.

Brat po pewnym czasie wyszedł na wolność i zaczął pracować gorliwie nad pozyskaniem swojej rodziny do rodziny Bożej – wynikiem był chrzest mamy Elżbiety Ostrowskiej, siostry Honoraty i szwagra Mariana Szymańskich. Wszyscy byli ochrzczeni w Rumunii przez pastora Rusnaka.

Wybuchła II Wojna Światowa, tereny na których znajdowali się Honorata i Marian Szymańscy zostały włączone do Związku Radzieckiego. W roku 1943 Marian został wcielony do Armii Czerwonej i jako młody człowiek stał się trybikiem potęgi wojskowej ZSRR – szybko „zrozumiał”, że system ten nakazywał sobie służyć.

Po zorganizowaniu w ZSRR polskiej armii Marian Szymański został do niej przeniesiony jako Polak. W ciągu całego czasu trwania wojny wykorzystywał każdą okazję, aby swoją przynależność do Boga objawić przez pomoc potrzebującym, często ich ochraniając.

Dzięki posiadanym walorom dał się poznać jako opanowany, zdecydowany w różnych sytuacjach, zyskał zaufanie przełożonych, a dzięki uprzejmości – lojalność podwładnych. Dość szybko awansował i wykonywał przeróżne niebezpieczne zadania ze swoim oddziałem. Przed każdym ruszeniem do akcji bojowej apelował do żołnierzy, żeby każdy jak potrafi – się pomodlił.

Ratując innych narażał swoje życie. Pewnego razu w jednym mieście ze swoim oddziałem przejeżdżał ulicą w czasie nalotu niemieckich samolotów – zrzucały bomby. W pobliżu usłyszeli detonację i za chwilę zobaczyli tumany kurzu… został zbombardowany budynek rosyjskiego dowództwa. Marian dał rozkaz swoim żołnierzom do ruszenia z pomocą – żołnierze się zawahali, nie było nic widać. Sam jako dowódca skoczył narażając swoje życie.

Z gruzów wyciągnięto każdego, kto dawał oznaki życia. Opatrzono rany, odniesiono w bezpieczniejsze miejsce. Marian wyciągnął przysypanego gruzem poranionego oficera wysokiej rangi. Zabrakło opatrunków, zdjął swoją więc swoją koszulę, porwał ją na kawałki i pozawiązywał rany tamując krew, odwiózł do szpitala. Później okazało się, że tym oficerem, którego wyratował – był gen. Konstanty Rokossowski. Za ten czyn Marian Szymański został odznaczony krzyżem zasługi (zebrał ich w całej kampanii wojennej 4 – jeden za udział w zawieszeniu flagi polskiej na gruzach Berlina).

Bohater naszej historii kilkukrotnie sam był ranny, poparzony, nosił w swoim ciele odłamki bomb i granatów – z jednym żył do końca, gdyż lekarze stwierdzili, że większym niebezpieczeństwem byłaby próba usunięcia. Jego silna wiara i modlitwa, wiara w ochronę Bożej ręki – pozwoliła na przetrwanie tego ziemskiego piekła. Wojnę zakończył w stopniu porucznika z 30 medalami i 4 krzyżami.

W roku 1945 we wrześniu sprowadził swoją rodzinę z Rumunii do Polski, najpierw do Poznania a później do Jeleniej Góry. Tam jako zasłużony wojskowy otrzymał młyn wodny, magazyn ze zbożem i piekarnię.

Razem ze swoją żoną Honoratą bardzo dużo pomagali różnym ludziom, rozdawali chleb i bułki. Będąc wojskowym miał wstęp wszędzie – wierzymy, że Bóg właśnie użył go dla dobrego celu.

Chodziliśmy z mamą po piwnicach, gdzie mieszkali ludzie wyrzuceni ze swoich mieszkań — wspominają dzieci Mariana, byliśmy bez środków do życia, cierpieliśmy głód i niedostatek. Między nami było też sporo adwentystów niemieckich.

Ojciec miał samochód wojskowy, nie bał się przewozić nawet przez granicę ludzi zagrożonych. Między innymi – fakt prawie nie znany! – w roku 1947 przewiózł przez zieloną granicę pierwszego rodzimego przewodniczącego Kościoła ADS w Polsce (1936 – 1939), a później do r. 1944 przewodniczącego Kościoła ADS w Generalnym Gubernatorstwie – kaznodzieję Wilhelma Czembora, który przez 2 lata po wojnie był inwigilowany i prześladowany przez bezpiekę, musiał się ukrywać…

Tato gdzie spotykał nie adwentystów, głosił im ewangelię, polecał czytać Mateusza rozdział 24 i tak został nazwany przez ludzi – „Mateusz 24”. Rodzice ukrywali także parę osób, którym groziło wywiezienie na Sybir.

Mama nasza Honorata, odwiedzając znajomych przyjaciół, którym powodziło się nie za dobrze, zanosiła im bochenek chleba albo 5 kg mąki, przy tej okazji opowiadała Ewangelię, że „Kto uwierzy w Jezusa Chrystusa i ochrzci się, będzie zbawiony”; zapraszała też na nabożeństwa, które odbywały się u nas w domu przy ul. Stolarskiej 20. Dom nasz był również punktem zatrzymywania się kaznodziejów odwiedzających Jelenią Górę.

Po jakimś czasie przyjechała z Niemiec s. Anna Gwiazdowa z 2 córkami, a z Rumunii s. Sahalka z 2 dzieci. Potem przyjechali z obozów br. W. Wawruszak, br. Wasurczyk, br. E. Jędrzejewski, br. J. Juszczyk z W-wy i br. P. Setowski. W grupie tej jeszcze na początku byli s. Rojek i br. Kosowski z rodziną.

Z czasem grupa powiększyła się do 20 osób, w mieszkaniu naszym było już za ciasno i rodzice zakupili mieszkanie w tym samym budynku na I p., był tam duży pokój i tam odbywały się nabożeństwa.

Z czasem i tam było za ciasno. Mama napisała do Zarządu Centralnego Kościoła ADS z prośbą o pracownika. Z początkiem 1946 r. przyjechał kaznodzieja Jerzy Lipski, który u władz miejskich wystarał się o salę na kaplicę – pod Arkadami.

W tym czasie przybyła z Friedensau (Niemcy) s. Wianowska z synem Anatolem – mieliśmy więc organistkę i dyrygentkę chóru.

W okolice Jeleniej Góry przybyła też rodzina s. Genowefy Iwan. Po pewnym czasie prawdę przyjmują i zostają ochrzczeni jej mąż Stefan, córki Bolesława i Urszula oraz dwóch synów – Lech i Tadeusz.

Wśród pierwszych przybyłych po wojnie do Jeleniej Góry byli członkowie rodziny pastora J. Lipskiego: matka Zelma, ciotka Elza Lipska wraz z córkami Olgą i Eugenią Szwartz, oraz wujostwo Jeżełowicze i s. Barbara Marciniak.

Edward Szymański i Eugeniusz Jędrzejewski kolportowali w mieście i okolicznych wioskach. Po czterech latach zbór był dobrze zorganizowany i zagospodarowany. W późniejszym czasie członkami zboru Jelenia Góra byli braterstwo Dębiccy i rodzina Mrozowskich.

Rodzina H. M. Szymańskich w roku 1953 wyjechała z Jeleniej Góry do Choszczna woj. szczecińskie, a potem do Świnoujścia, następnie do Świdnicy. Po pięciu latach ojciec zrezygnował ze służby wojskowej, często mawiał, że nie chce budować takiego systemu.

W roku 1966 wyjechaliśmy z całą rodziną do Australii, na zaproszenie pastora J. Lipskiego z Adelajdy. Tu nastąpiło nasze przyjęcie do zboru. Po krótkim czasie przenieśliśmy się do Melbourne, gdzie byliśmy członkami polskiego kościoła w Oakleigh.

Marian Szymański zmarł w 1986 r., a jego małżonka w 1997 r. Dzieci Edward, Bronisława, Aleksandra i Elżbieta są do dziś aktywnymi członkami w polskim kościele Dandenong w Melbourne.

Zygmunt Ostrowski z rodziną to także aktywni członkowie kościoła w Dandenong. Zygmunt jest motorem wielu aktywności zborowych. Uczestniczy od początku w organizowaniu Festiwali Pieśni i Muzyki Religijnej, w odbywających się – na terenie Melbourne – Kongresach Polonii Adwentystycznej.

Trzy lata temu zorganizował i patronuje Klubowi Seniora „Maranatha”. Mało tego – “korzenie Jelenio-Górskie” zobligowały go do zorganizowania akcji ewangelizacyjnych w Jeleniej Górze i okolicach. Z pastorem Braga byli już na takich akcjach dwukrotnie w r.2004 i 2006 r.

W roku 2005 z pastorem Braga prowadzili ewangelizację na Papua Nowej Gwinei. Jest to przykład jak można łączyć wspomnienia, historię – z konkretnym czynem i dzisiejszym działaniem!

opr. Bogusław Kot

© Wiadomości Polonii Adwentystycznej 3/2006r (Polish Adventist News)

One Response to Z pożółkłych kart przeszłości (4)

  1. koala says:

    JELENIA GÓRA – piękne miasto. Chociaż pochodzę z Cieplic to tam została moja rodzina, nie adwentysci, i tylko noim marzeniem jest że ktoś zaniesie mojej rodzinie i kolegom wspoaniałą prawdę zbawienia. No i właśnie przeczytałem tu że znajdą się ci co postanowią dokonać wszystkiego, aby być wszystkim dla wszystkich. Br Ostrowskiego poznałem kilka lat temu gdy tam byłem na urlopie. Był to wspaniały człowiek. Potrzebujemy więcej takich.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: