Z pożółkłych kart przeszłości (3)

W historiach opowiadanych i zanotowanych, zjawiają się postacie, które cieszyły się i cieszą – tak jak Ty; z poznania Poselstwa Ewangelii i, że są w rodzinie adwentowej. Oczekują tak jak Ty – na przyjście Pana i Zbawiciela; przekazują tę nadzieję – następcom.

Ich droga życiowa była często pełna trudów i nieprzyjemności, ale wielka nadzieja, że nastanie temu wszystkiemu kres – była i jest, siłą do przetrwania, niesie radość i dodaje sił w wędrówce po ziemskim “łez padole”.

Dziś zabierzemy Was w odwrotnym kierunku tzn. z Australii do Polski, do miejscowości o których może nawet nie słyszeliście, ani tych ludzi – nie znali.

Jesteśmy od kilkudziesięciu lat na piątym kontynencie – w Australii. Kościoły nasze i członkowie tych polskich kościołów adwentystycznych są jak tygle, w których wszystko wtapia się w jedną całość. Uczestniczą w różnych akcjach zborowych, spotykają się – nie tylko na nabożeństwach sobotnich, ale w domach i na wycieczkach; a – ile wiemy o sobie?

Dziękuję tym, którzy (czasami z oporami) decydują się na wspomnienia. Po lekturze tych wspomnień postarajmy się okazać więcej radości i wdzięczności Bogu, że ani my, ani nasze dzieci – nie muszą walczyć o przetrwanie, kawałek chleba, spokój – mogą być po prostu sobą!

Żyjemy w kraju dobrobytu, wolności religijnej i wzajemnej tolerancji. W kolejnych wspomnieniach opowiadający cofają się kilkadziesiąt lat wstecz. Malują obrazy miejscowości, gdzie poznawali Ewangelię, wspominają trudności na jakie napotykali w szkole, pracy w układach towarzyskich – z powodu, bycia adwentystą!

A jak trudno i ciężko było żyć w erze rządów zniewalających cały naród, infiltrujących wszystkich i wszystko! Żeby przetrwać, potrzeba było do tego wielkiej roztropności, odwagi i charakteru.

Kierujących Kościołem kaznodziejów i pracowników zmuszano do uległości przez zastraszanie i groźby, do współpracy, do donosicielstwa i uległości służbom bezpieczeństwa. Jednak nie każdy był bohaterem – byli tacy, co się załamali.

Nie traktujmy tych opowiadań jako skargę, czy narzekanie na ciężki los, jaki często wspominających spotykał.

Przyjmijmy je, jako wyraz wdzięczności Bogu za Jego prowadzenie w życiu… Utrwalajmy życie, które odchodzi – na przeżyciach ludzkich można się wiele nauczyć… Ks. Jan Twardowski powiedział: “Kochajmy ludzi, tak szybko odchodzą…”

– Bogusław Kot

Z Hallam, Wictoria – do Sierpca

Duchowny W. Kuźma z rodziną.

Sierpc – to miasto położone na północny zachód od Płocka. Liczyło ono ok. 9 tys. mieszkańców różnych narodowości: polskiej, niemieckiej, rosyjskiej i żydowskiej. Znajdowały się tam świątynie prawosławna, luterańska, żydowska i 3 katolickie.

Przed rokiem 1938 do Sierpca przyjechał adwentystyczny duchowny W. Kuźma. Któregoś piątku zapukał do mieszkania p. Kwaśniewskich. Rodziców nie było w domu, ale drzwi otworzył 12 letni synek – Henio. W. Kuźma przedstawił periodyk pt. „Życie i Zdrowie”. Henio zauważył w teczce Pismo Św. i wykrzyknął; O! – moja mama też ma taką książkę.

Mama Henia jako panna w roku 1924 pracowała w Warszawie u ogrodnika, który był badaczem Pisma Św. Tam zapoznała się z tą księgą i chodziła na wykłady religijne. Przyjechała do Sierpca do brata na wesele i tam zapoznała swego przyszłego męża. Wyszła za mąż i już do Warszawy nie wróciła.

A więc po wstępnej rozmowie z Heniem, W. Kuźma wrócił po jakimś czasie i cała rodzina zainteresowała się Pismem Św. Kaznodzieja odwiedzał rodzinę Kwaśniewskich i po jakimś czasie zaczął udzielać im lekcji biblijnych. Cała rodzina dzieliła się swoją radością i opowiadała o Ewangelii swoim sąsiadom, którzy zaczęli przychodzić na wykłady biblijne do ich małej chatynki.

Do grona zainteresowanych dołączyli Wdzięczkowscy oraz inni sąsiedzi. Gdy o tych spotkaniach dowiedział się ksiądz, to z ambony zgromił sąsiadów za uczestniczenie w heretyckich zebraniach. Ksiądz wykrzykiwał, że Kuźmę trzeba usunąć i wywieźć na taczce na śmietnisko. Wierni katolicy kierując się sugestią księdza, wyrządzali “heretykom” różne wstręty.

Grupa ochrzczonych w Sierpcu.

Wystraszeni sąsiedzi przestali przychodzić na sobotnie nabożeństwa. Powstała tu mała grupka. W roku 1938 była tu ochrzczona Martyna Kęsicka (Kwaśniewska). 6 osób zostało ochrzczonych w Bydgoszczy przez kazn. J. Gomolę. W skład grupy wchodzili: rodzina Kuźmów, K. Kęsicki, J. Kęsicka, H. Wdzięczkowska, J. Wdzięczkowski. Później dołączyli do grupy ochrzczeni przez kazn. F. Dzika dwaj młodzieńcy: Henryk Kwaśniewski i Ryszard Wdzięczkowski – było to w roku 1940.

Wiernych w Sierpcu odwiedzali duchowni: Nowicki i W. Kuźma, który mieszkał już w Płocku. Martyna w 1938 r. wyjechała do Warszawy i w zborze przyjaźniła się z W. i J. Gawrylukami. Tuż przed wojną udała się do Sierpca i w lutym 1940 r. została zabrana na roboty do Niemiec. Była tam 5 lat.

Henryk uniknął wywózki do Niemiec, bo był zatrudniony w Sierpcu u życzliwego stolarza – Niemca. Gdy front wschodni przesuwał się na zachód, Henryka zabrano do prac przyfrontowych w rejonie Modlina, a później w Prusach Wschodnich, w rejonie Pisza i Orzysza. Ponieważ znał język niemiecki, został grupowym przy aprowizacji, potem zabrano go do kopania okopów. Jednakże praca wśród obcych ludzi, z dala od mamy stała się powodem powrotu do domu, czyli ucieczki z Prus do Sierpca. Dezertera szybko schwytano i Henryk został ulokowany w obozie karnym w Sierpcu i spędził tam 5 tygodni. Praca w obozie była ciężka a wyżywienie skąpe.

Któregoś dnia przyszli jacyś z obsługi i wyczytali kilka nazwisk. Wśród nich był Henryk – dowiedział się, że idzie do domu. Potem dowiedział się, że starał się o niego właściciel zakładu, w którym przedtem pracował. Młody “atleta” odzyskał wolność, mając 42 kg wagi. Podjął na nowo pracę i za kilka tygodni Sierpc został wyzwolony przez Armię Czerwoną. I tu Henryk wyraża wdzięczność Bogu za to, że ocalił jego życie.

Ze zbliżaniem się frontu, Niemcy zaczęli ewakuować więźniów z obozu do Rzeszy, ale nie wszystkich zdążyli ewakuować. Co się okazało, że tych, którzy zostali – Niemcy powiązali i zastrzelili, a budynek obozowy podpalili – żeby nie było śladu. Dzięki zrządzeniu Bożemu ocalałem – mówi Henryk!

Henryk z Martyną niemalże wychowywali się w jednym domu, a w 9.02.1946 r. kazn. Emil Niedoba udzielił im ślubu. W tym samym roku młodzi Kwaśniewscy i ich rodzice osiedlili się w Kabinach na Mazurach – 12 km. od Biskupca. Kabiny stały się “miejscem letniskowym” dla wielu znajomych współwyznawców (bywali tam: Kotowie, Rafanowiczowie, Niewiadomscy i Niedobowie). Na Mazurach było dużo adwentystów autochtonów.

W r. 1947 Henryk Kwaśniewski nadrabiając zaległości wojenne, kończył Liceum Pedagogiczne w Mrągowie. W tym samym czasie zbór Mrągowo był licznym zborem – liczył ok. 120 członków. Był to zbór wspaniały, wszyscy dbali o siebie i kochali się.

Z tamtych czasów pamięć Henryka zanotowała nazwiska: Rajchert, Cichowska, Kłos, Chyła, Szmidt, Pacewicz, Linker, Todzi, Raudys,
Rymarczyk, Nauman (Noiman?)…

Działała pomoc charytatywna tzw. UNRA, więc przybywało do zborów wielu sympatyków, gdy wyczerpały się paczki żywnościowe, to i sympatycy gdzieś się rozproszyli.

Henryk po ukończeniu nauki, nie mógł pracować w szkolnictwie, bo wymagana była praca w soboty. Ponieważ wcześniej ukończył kurs księgowości, zaczął szukać innych możliwości. Został zatrudniony w gminie Marcinkowo w dziale podatków gruntowych. Sobotę miał wolną, ale pracę wykonywał w niedzielę. Wójtem był adwentysta br. Noiman. Dobrą pracą Henryka zainteresowało się starostwo w Mrągowie i został tam przeniesiony do pracy, gdzie pracował 7 lat, odpracowując soboty w niedziele.

Sytuacja wolnych sobót zmieniła się, gdy następny przełożony skierował sprawę do sądu. Odbyły się rozprawy, odwołania, apelacje, aż ta sytuacja dokuczyła do tego stopnia, że Henryk zrezygnował z pracy urzędniczej i podjął pracę ewangelizacyjno-kolporterską. Jego współpracownikiem był G. Pacewicz. Kaznodziejami okręgowymi w tym czasie byli: Emil Niedoba, a później Stanisław Rafanowicz.

Sytuacja na terenie Prus Wschodnich układała się bardzo niepomyślnie dla autochtonów. Władze PRL jakby celowo dążyły do pozbycia się dawnych mieszkańców Mazur, którzy w większości wyemigrowali do Niemiec. Wielu autochtonów adwentystów wyjechało również i zbór w Mrągowie zmniejszył się bardzo, a inne przestały istnieć. PRL utraciło dużą ilość pracowitych i pożytecznych ludzi…

Henryk w tym czasie został pełnoetatowym pracownikiem Kościoła Adwentystów. W Mrągowie Henryk był często nachodzony przez urzędników UB, którzy różnymi sposobami najbardziej ohydnymi, nakłaniali do współpracy. Henryk z konieczności wysłał do UB parę tajnych raportów, w których dał pozytywne opinie o swoich przełożonych, ale to nie spodobało się ubowcom.

Młodzi Kwaśniewscy postanowili opuścić Mrągowo i podjęli pracę ewangelizacyjną w Elblągu. Po wytworzeniu się niepomyślnej sytuacji, przenieśli się na 15 hektarowe gospodarstwo rolne.

W 1981 rodzina Kwaśniewskich emigrowała do Australii i tu zaczął się nowy etap pracy spokojnej, wydajnej – z dala od nieżyczliwych porządków w PRL. Wraz z trojgiem dzieci osiedlili się w Wiktorii.

Wolność religijna dawała zadowolenie osobiste i pozwalała włączyć się do pracy ewangelizacyjnej w zborze polskich adwentystów – Dandenong, gdzie Henryk piastował urzędy: nauczyciela Szkoły Sobotniej, kier. misyjnego oraz starszego zboru.

W tym roku upływa 25 lat ich pobytu w Australii, a w lutym celebrowaliśmy 60-lecie ich pożycia małżeńskiego.

Opr. Tadeusz Niewiadomski

Z Mooroolbark, Wiktoria – do Siedlec

Moje spotkanie z adwentyzmem stało się dzięki mojej Matce. Urodziłem się w Siedlcach, gdzie była stolica biskupia, trzy kościoły rzymskokatolickie. W połowie lat 30-tych do tego miasta przydzielony został kaznodzieja Józef Rosiecki. Nie było tu żadnego adwentysty. Do domu moich rodziców przyszła kolporterka Eugenia Siemienowicz, z czasopismami adwentystów i zaproponowała mojej Matce zakup jednego z nich.

Matka nie miała pieniędzy więc kolporterka wypożyczyła jej jedno z czasopism. Matka moja była bardzo religijną osobą i sprawy religijne bardzo ją interesowały, a ponieważ w tych czasach były one domeną księży, głód wiedzy religijnej wzbudził w niej wielkie zainteresowanie. Zdobyła Pismo Święte, które stało się przewodnikiem jej życia. Zaczęła uczęszczać na spotkania religijne w domu pastora Rosieckiego i po niedługim czasie – stała się adwentystką.

Siedlce były miastem, gdzie nawet prawosławni byli nieliczną grupą. Zmienienie poglądów religijnych spowodowało odrzucenie ze strony rodziny i otoczenia. Pamiętam, że miejscowy proboszcz nie miał wielu innowierców w swojej parafii, dlatego w czasie kazania ostro potępił ludzi niewierzących i nazwał ich masonami. Większość nie wiedziała, co oznacza słowo mason, ale było to dla nich brzydkie słowo i moją matkę nazwali masonką i ten “tytuł” dostałem również i ja. Czyli od dziecka byłem “masonem”. Potem do grupy tej doszła siostra Koza ze swoją matką i siostra J. Sarzyńska. Nieświadomi ludzie w swojej gorliwości mówiąc oględnie naprzykrzali się mojej matce, często wylewali brudy pod drzwi jako oznakę dezaprobaty. Ojciec mój był pod wpływem swojej rodziny i też starał się w różny sposób przeszkadzać Matce. Wojna przerwała jego życie.

Jako dorastający chłopiec również interesowałem się sprawami religijnymi i chciałem wiedzieć dlaczego są ludzie, którzy mają odmienne poglądy religijne. Bowiem sprawa ta miała dla nich wielkie znaczenie, bo byli gotowi za te poglądy znosić prześladowanie, a nawet oddać życie. Będąc w szkole średniej sam zadecydowałem, że będę adwentystą. Przyjąłem chrzest. Ponieważ chciałem być posłuszny Bożym przykazaniom zaznaczyłem kierownictwu szkoły, że nie będę przychodził na lekcje w soboty. Z tym miałem wielkie kłopoty i z trudnością dotarłem do klasy 11-tej. Był to okres szczytu stalinizmu i dyrektorem liceum była “wielka komunistka”.

Poza tym był jeszcze jeden ważny problem. W liceum były dwie klasy jedenaste. Jedna z językiem niemieckim, druga z francuskim. Między klasami istniało tzw. współzawodnictwo. W klasie niemieckiej wszyscy uczniowie należeli do ZMP. W mojej francuskiej, jedynie ja nie należałem do tej organizacji. Kilku zaś prymusów w nagrodę nawet zostało przyjętych do PZPR. Były to czasy kiedy propagowano tzw. pogląd naukowy, zaś ludzie wierzący mieli tzw. pogląd idealistyczny. Jako jeden uczeń z poglądem idealistycznym nie pasowałem do ówczesnego otoczenia i w początkach lat 50-tych wyrzucono mnie z 11 klasy na kilka dni przed tzw. “studniówką” tylko dlatego, że nie przychodziłem do szkoły w soboty. Myślę, że i tu była ukryta forma walki z heretykami, bo przecież prawie wszyscy komuniści, jak ktoś powiedział, byli podobni do rzodkiewki, na wierzchu czerwoni – a wewnątrz biali.

Teraz z perspektywy lat, widzę w moim życiu Boże kierownictwo. Ciekawym jest, że mój kuzyn poszedł na naukę do zakonu Salezjanów, aby zdobyć argumenty przeciwko adwentyzmowi, ja zaś zacząłem naukę w Seminarium Duchownym adwentystów w Kamienicy na Śląsku. Ponieważ nie musiałem pobierać niektórych przedmiotów, które miałem w liceum, a musiałem sam opłacać szkołę – pracowałem dodatkowo kilka godzin na terenie Seminarium. Jedną z moich czynności było powielanie skryptów. W pierwszym roku nauki byłem pomocnikiem br. Koleckiego. Następnego roku, przejąłem jego funkcję.

Teraz chcę wspomnieć coś bardzo ważnego, a co było niejednokrotnie źle interpretowane przez niektórych ludzi w kościele, co też związane jest z aresztowaniem pastora Andrzeja Maszczaka. Były to trudne czasy reżimu komunistycznego, co też stwarzało wewnętrzne problemy w kościele. Pamiętam, że zrobiłem dwie paczki z powielonymi skryptami szkolnymi dla br. Józefa Niedoby (z Czechowic), który miał je zawieźć do zboru w Katowicach. Jako były emeryt kolejowy poszedł na skróty i został zatrzymany przez tzw. sokistów, tj. milicję kolejową. Musiał pokazać zawartość tych paczek i “zaopiekowała się nim bezpieka”. Niedługo potem w Seminarium zjawił się Urząd Bezpieczeństwa i dokonano rewizji w mieszkaniu br. Maszczaka, przetrząsnęli także całą bibliotekę szkolną. Jakoś przetrwaliśmy do końca roku szkolnego.

Wszyscy uczniowie udali się do domu. Ja zaś pozostałem, aby w czasie wakacji pracować na terenie Seminarium i zarobić coś na następny rok szkolny. W międzyczasie dostałem polecenie, abym się udał do Krakowa i odebrał od pastora Jana Borodego – “Lekcje Szkoły Sobotniej”. Były one przygotowane do druku i znajdowały się w stanie tzw. “szczotek”, tj. był złożony tekst do korekty bez tzw. “łamania” – tj. ułożenia stron. Wszystko to związane było z tym, że podręczniki nie mogły być wydrukowane, gdyż władze nie dały zezwolenia na ich wydrukowanie. Zabrałem wszystko do Kamienicy n/Śl., s. Stępurska zrobiła matryce i ja powielałem je w kilku tysiącach egzemplarzy, które potem zostały rozesłane do zborów. Pamiętam, że treścią lekcji były nauki z życia dawnego Izraela.

Oczywiście w systemie komunistycznym w tamtych czasach wydrukowanie czegoś i rozpowszechnienie bez zezwolenia Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk, było największą “zbrodnią”, za którą groziło minimum 5 lat więzienia.

Pewnego dnia w czasie wakacji przyjechał samochód UB i wysiadło z niego kilku funkcjonariuszy i widziałem jak zabrali br. A. Maszczaka, który w tym czasie pracował w swoim ogródku. Przyszłość Seminarium wydawała się niezbyt jasna. Dlatego udałem się do domu w Siedlcach. Gdzieś po miesiącu dostałem od sąsiadów wiadomość, że muszę natychmiast zgłosić się w miejscowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego. Oczywiście nie miałem żadnego wyboru. Poszedłem tam i po zgłoszeniu odebrano mi dowód osobisty, zamknęły się za mną potężne metalowe kraty i pod eskortą zostałem zaprowadzony do małego pokoiku, gdzie było jedynie biurko i dwa krzesła.

Po chwili zjawił się oficer w mundurze wojskowym, który miał już przygotowany tekst mojego zeznania. W nim było podane główne oskarżenie pastora Maszczaka o powieleniu Lekcji Szkoły Sobotniej i rozpowszechnieniu ich po wszystkich zborach na terenie Polski. Oczywiście była to prawda i musiałem podpisać zeznanie. Myślałem, że mnie również zamkną. Jednak ku mojemu zdziwieniu oficer poprosił mnie, abym najbliższą drogą zaprowadził go na dworzec kolejowy i dowiedziałem się, że chce zdążyć na najbliższy pociąg do Warszawy i Katowic, było to już po zachodzie słońca.

Minął chyba miesiąc i w międzyczasie podjąłem decyzję zgłoszenia się do pracy w Kościele. Nie był to zbyt przyjemny czas. Jednak z perspektywy czasu nie żałuję tego i we wszystkim widzę Boże prowadzenie. Mogłem być tym, co zaopiekował się częścią majątku kościelnego, a co też związane było z późniejszym moim “redagowaniem”.

Na początku pomagałem zborowi w Bydgoszczy i ku mojemu zaskoczeniu otrzymałem list od sądu w Katowicach, abym stawił się na rozprawę sądową Andrzeja Maszczaka jako świadek obrony (nikt mnie przedtem nie powiadomił, że mam mieć tego rodzaju funkcję). Pojechałem do Katowic i znalazłem się w poczekalni sądowej, gdzie było dość dużo ludzi. Oczywiście nikt nie wiedział, że byłem świadkiem obrony, a nie miałem sposobności komuś tego powiedzieć, gdyż mówiąc oględnie, zgromadzeni nie potraktowali mnie po bratersku. Po jakimś czasie zostałem wezwany przed sędziów, wszyscy byli wysokimi oficerami wojskowymi lub UB.

Pierwszym pytaniem, jakie mi zadano było: Jaki według świadka był stosunek oskarżonego do obecnej rzeczywistości. Odpowiedziałem, że pozytywny. Dalsze pytanie brzmiało: Jakie macie na to dowody. Powiedziałem, że nie tak dawno były wybory do Sejmu i pastor Maszczak zarządził, aby całe Seminarium poszło gremialnie do głosowania. Następnie zapytano mnie czy oskarżony mówił jakieś kawały polityczne. Oczywiście wiedziałem, że pastor Maszczak nie był w pełni zachwycony ówczesnym ustrojem, ale nie pamiętałem żadnego kawału politycznego i dlatego powiedziałem, że coś podobnego nie słyszałem. Na tym zakończyło się moje zeznawanie.

W dalszej pracy zrozumiałem, że w latach 50-tych i przez cały czas panowania komunizmu “zbrodnia wydawnicza” była największym przestępstwem. Bowiem komuniści dobrze znali moc drukowanego słowa i sami wykorzystywali je w możliwie największym stopniu dla propagowania komunizmu i przeciwko jego wrogom.

Będąc pracownikiem biblijnym w Mrągowie, pomagałem kaznodziei Marianowi Kotowi. Miałem sposobność odwiedzania wielu grup i pojedynczych członków. Większość tych ludzi czuła się Niemcami choć tego nie okazywali otwarcie. Ówczesny system polityczny chciał z nich zrobić na siłę Polaków. Większość zaś starała się wyjechać do Niemiec w ramach łączenia rodzin.

Ponieważ znałem język francuski nawiązałem kontakt z naszym Wydawnictwem we Francji, poprosiłem, aby wysłali mi “Znaki Czasu”. Oczywiście otrzymałem je. Przetłumaczyłem coś dla reaktywowanego naszego Wydawnictwa w Warszawie, również tłumaczyłem coś z języka angielskiego. Po jakimś czasie dostałem wiadomość, że zostałem powołany do pracy w Wydawnictwie. Od tego czasu zaczęło się moje poważne “redagowanie”.

W tym czasie redaktorem naczelnym był pastor Andrzej Smyk. Adiustację i korektę robiła Zofia Wieluńska. Moim zadaniem było tłumaczenie wielu artykułów i przygotowanie do druku “Znaków Czasu”, “Sługi Zboru” i “Lekcji Szkoły Sobotniej” – potem wielu książek. W ciągu kilku lat tłumaczyłem wszystkie Lekcje Szkoły Sobotniej. Miałem kontakty z drukarniami i z Urzędem Kontroli Prasy i Widowisk. W tym czasie kierownikiem kontroli czasopism religijnych była pani Kupraszwili, niezbyt przyjemna osoba i w razie jakiejś tzw. ingerencji (coś się nie podobało Władzy) pastor Smyk wysyłał mnie, gdyż nie chciał mieć do czynienia z niezbyt uprzejmą urzędniczką.

Warto zaznaczyć jak działało wydawanie w czasie władzy komunistycznej. Pierwszym stadium wydania czegokolwiek była zgoda Urzędu do Spraw Wyznań. Co roku trzeba było do tego Urzędu zgłaszać tzw. Plan Wydawniczy. Jeżeli Urząd coś zatwierdził, następną instancją było Ministerstwo Kultury i Sztuki, które dawało przydział papieru do druku (papieru nie można było kupić na rynku). Potem trzeba było znaleźć drukarnię, tutaj ekspertem był Jan Wiśniewski, który nie tylko był z zawodu poligrafem, ale też potrafił znaleźć dostęp do drukarni, bowiem pismo religijne i to niekatolickie nie było zbyt dobrze traktowane przez brać drukarską. Jednym z problemów było wydawanie Lekcji Biblijnych, jako kwartalnika, który musiał ukazać się przynajmniej 2 tyg. przed kwartałem, co było niezrozumiałe dla wielu drukarzy. I tu wielce pomocnym był Jan Wiśniewski, który potrafił znaleźć odpowiednią drukarnię i przyspieszyć sprawę, oczywiście dzięki “załącznikom” z Peweksu.

Po zaniesieniu maszynopisów do drukarni, ta dokonywała linotypowego składu i otrzymywaliśmy tzw. szczotki, tj. materiał z którego robiło się tzw. makietę. Drukarnia następnie formowała z metalu poszczególne strony. Trzeba było zanieść 2 próbne egzemplarze do Urzędu Kontroli Prasy, który po skontrolowaniu treści dawał zezwolenie na druk. Po wydrukowaniu np. Znaków Czasu, przynosiło się znów 5 egzemplarzy do Urzędu Kontroli, który dawał pieczątkę na tzw. zezwolenie na rozpowszechnianie. Bez tej pieczątki drukarnia nie miała prawa wydać nakładu, gdyż groziło to również karą 5 lat więzienia.

Przy sposobności chcę poruszyć sprawę wydania pierwszego śpiewnika z nutami. Pastor Smyk sam przygotował wszystkie pieśni i śpiewnik. Sam tekst był składany w drukarni więziennej przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Tekst pisałem ręcznie pod każdą nutką, a potem zecer odlewał go w ołowiu. Druk odbywał się w Drukarni Technikum Poligraficznego przy ul Wiślanej.

Pracę w Wydawnictwie zakończyłem w 1965 r. Dziś sprawy mają się o wiele inaczej, Nastąpiła wielka rewolucja w poligrafii. Komputery wyparły linotypy i zanikł zawód zecera. Młode pokolenie nie pamięta już tamtych czasów, kiedy trzeba było włożyć wiele wysiłku i “gimnastykować” się z ówczesną cenzurą, a także pokonywać innego rodzaju trudności i uprzedzenia.

W Australii przebywam z rodziną od 1965 roku. Przez długie lata byłem członkiem zboru w Oakleigh, gdzie pełniłem różne funkcje i pomagałem zborowi. Obecnie należę do zboru w Wantirnie. Nadal zajmuję się tłumaczeniem artykułów do “Wiadomości Polonii Adwentystycznej” w Australii.
Marian Knapiuk

Od australijskich eukaliptusów – do Ostrowii Mazowieckiej

Ostrów Mazowiecka – byłe miasto powiatowe przy trasie Warszawa – Białystok oraz okres po Drugiej Wojnie Światowej, to miejsce i czas moich wspomnień. Nie ma już z kim uzgodnić fakty i wydarzenia, daty oraz szczegóły zostały wymazane z mojej pamięci, a to co jeszcze pozostało pragnę uczynić tematem moich wspomnień.

W kontekście powojennych dziejów adwentyzmu w tym mieście, znajdzie się również cząstka historii mojej rodziny, oraz moje osobiste przeżycia i doświadczenia. Z okresu przedwojennego i okupacji nie mam żadnych informacji. Jedynie z zasłyszanych rozmów wiem, że już przed wojną adwentyzm zawitał do tego miasta.

Po wojnie była już grupka adwentystów jako jedyne światło Prawdy na rozległym terenie od Warszawy do Białegostoku. W większości mieszkańcy tych terenów byli bardzo konserwatywni, fanatyczni i nietolerancyjni. Strach przed społeczną izolacją i potępieniem, zniechęcał ludzi do osobistego poszukiwania Prawdy. Już samo posiadanie nawet katolickiego wydania Pisma Św. wzbudzało w środowisku – podejrzenie o herezję.

Byli jednak ludzie, którym nie wystarczała tradycyjna, powierzchowna pobożność oparta na tym co mówi ksiądz, żywoty świętych czy katechizm. Moja mama i jej siostra Rozalia Ruszczyk bardzo pragnęły pogłębić swoją wiarę biorąc udział w różnych zebraniach modlitewnych, kółkach różańcowych i organizacjach katolickich.

Słysząc jak ksiądz podczas nabożeństw czyta fragmenty Biblii i mówi: “oto Słowo Boże”, bardzo pragnęły mieć Pismo św. w domu i czytać je bez ograniczeń. To pragnienie spełniło się kiedy od kolportera adwentysty ciocia kupiła Pismo św.

Nieco wcześniej koleżanka mamy również kupiła Pismo św., ale ksiądz chodząc po kolędzie zauważył je i uznając za fałszywe – spalił w piecu.

Wiedząc o tym, mama i ciocia w tajemnicy czytały tę księgę, ale wielu tekstów nie mogły zrozumieć. Z niespodziewaną pomocą przyszedł kolporter, który dostarczył cioci Biblię.

Miał on zwyczaj ponownie odwiedzać te osoby, które coś poprzednio kupiły lub wykazywały zainteresowanie. Odwiedził więc i ciocię, wyjaśniając niezrozumiałe teksty. Zaproponował na koniec, że może przysłać osobę, która na bieżąco będzie pomagała w zrozumieniu Pisma św.

Osobą tą była Kazimiera Żemralska znana dobrze w okolicy przynajmniej z trzech powodów: 1. miała brata księdza, 2. była osobą jak na owe czasy wykształconą (emerytowana nauczycielka szkoły ogrodniczej), 3. była dosyć bogata (2 duże domy).

Ludzie więc nie mogli zrozumieć jak to się stało, że taka wykształcona i majętna osoba mogła “sprzedać wiarę”, przynosząc przy tym hańbę swojemu bratu księdzu.

Siostra ta znając dobrze Pismo św. oraz historię potrafiła również w sposób interesujący przekazać swoją wiedzę innym. Siostra Żemralska zapraszała do siebie mamę i ciocię na wspólne studiowanie Pisma św., a przy sposobności udzielała porad z zakresu rolnictwa i ogrodnictwa.

Wkrótce mama i ciocia zaczęły brać udział w nabożeństwach sobotnich, które odbywały się w domu tej siostry. Do grupki tej należeli tez braterstwo Dobrońscy z córką Hanią, znaną później jako Bem (dentystka), s. Modzelewska i s. Gawińska.

Mama i ciocia przestały chodzić do kościoła i na nabożeństwa różańcowe co spowodowało ciekawość wśród sąsiadów, podejrzenia i pytania. Była więc sposobność do świadczenia, a jednocześnie motywacja do zdobywania większej wiedzy biblijnej, aby odpowiadać na różne pytania.

Od tego czasu w mojej rodzinie nastąpiła rewolucja. Atmosfera zemsty, nienawiści, nietolerancji i pogardy zawisła nad nami. Wszyscy nagle pogniewali się na nas. Nie pozdrawiali nas i nie odpowiadali na pozdrowienia. Miauczeli za nami, odwracali się, a w nocy palili świeczki pod naszymi oknami. Nawet osoby przedtem nam bliskie i zaprzyjaźnione, zmieniły również swój stosunek do nas. Niektórzy z nich czynili to bez przekonania, a jedynie z obawy, aby nie posądzono ich, że nam sprzyjają.

Kiedy po pewnym czasie przeszła fala nienawiści właśnie ci ludzie jako pierwsi zbliżyli się do nas. Wszystko nam opowiadali co mówiono o nas i czyniono przeciwko nam. Do akcji włączył się również miejscowy proboszcz, który odwiedzał nabożeństwa różańcowe i nastawiał oraz ostrzegał ludzi przed nami.

Grupa Ostrów Mazowiecka.  Stoją: M.Bauer, G.Kowalak, W.Łada, R.Ruszczak, H.Nowak.  Klęczą: Jan Kowalak, H.Nowak, ?.Bauer.

Mama i ciocia wiedziały dlaczego przeszły te prześladowania i łatwiej je znosiły. Mnie i mojej starszej o 2 lata siostrze Zosi, mama tłumaczyła i wyjaśniała przyczyny tych upokorzeń i przykrości, co bardzo nam pomagało.

W najgorszej sytuacji był mój ojciec, który pozostał katolikiem, a mimo to i jego dosięgła ta cała fala nienawiści sąsiadów. Buntowano go i wyśmiewano, że nie potrafi zaprowadzić w domu porządku i zapanować nad kobietą.

Ojciec bardzo lubił tańczyć i razem z mamą chodzili na wszystkie zabawy w okolicy. Mieli przez to dużo znajomych i odwiedzali się wzajemnie. Teraz wszystko się skończyło.

Zaczęły się natomiast problemy i konflikty rodzinne związane z pracą w sobotę, kwestia pokarmów i ofiarności. Mimo tych przeciwności mama i ciocia przyjęły chrzest, a nam dzieciom pozostawiono wolność wyboru.

Powoli wszystko wokół nas i w rodzinie wracało do normalności. Fala bezmyślnej nienawiści powoli opadała i ludzie zaczęli zastanawiać się, obserwować nas i trzeźwo oceniać. Zauważali, że wiele zmieniło się w naszej rodzinie na lepsze.

Gospodarstwo rozwijało się, chociaż mama nie pracowała w sobotę, a dzieci były bardziej zadbane niż przedtem. Dzięki fachowym radom s. Żemralskiej mama i ciocia założyły sady owocowe i ogródki warzywne. Po pewnym czasie zaczęło to przynosić dodatkowe dochody. Wielu sąsiadów zaczęło nas naśladować, pytać i nabierać szacunku do nas.

Ojciec również widział pozytywne zmiany i stał się bardziej przychylny, pozwalając chodzić nam z mamą na nabożeństwa sobotnie. Nabożeństwa te były dla nas wielką i jedyną atrakcją. Czekaliśmy niecierpliwie na każdy sabat, kiedy mama ubierała nas odświętnie i szliśmy przez pola na skróty na nabożeństwo. Pracujący ludzie patrzyli na nas jak na dziwaków, a nam dzieciom się wydawało, że nas podziwiają z powodu naszego odświętnego ubioru.

Na nabożeństwach byliśmy jedynymi dziećmi, więc wszyscy troszczyli się o nas i umilali czas. Częstowano nas słodyczami, których w tygodniu nie mieliśmy, a s. Hania Dobrońska nasza nauczycielka religii opowiadała historie biblijne, których nigdy nie słyszeliśmy.

Być może te opowiadania rozbudziły we mnie zainteresowanie historią i geografią na całe życie. Nie mogłem się doczekać kiedy będę mógł sam poznawać Biblię i historie w niej zawarte. Moje marzenia się spełniły kiedy nauczyłem się czytać. Wypożyczałem z miejskiej biblioteki książki, aby poznawać historię państw starożytnych, o których mówi Biblia. Dzięki mapom, które tam były wiedziałem jakiego obszaru dotyczą historie biblijne.

Kiedy poszliśmy do szkoły, zaczęły się problemy z sobotą. Mama była ciągle wzywana przez moją wychowawczynię, która groźbą i prośbą starała się skłonić mamę, aby posyłała nas w sobotę do szkoły. Inni nauczyciele w różnym stopniu też byli przeciwko nam.

Jedynie kierownik szkoły, stary komunista – robił wszystko co mógł, aby nam pomóc. Przychodząc do szkoły w poniedziałek, musieliśmy mieć odrobione wszystkie lekcje zadane w sobotę. Były z tym ogromne problemy, a jednak uczyliśmy się dobrze. Wychowawczyni straszyła mamę, a sąsiedzi ojca, że nie skończymy żadnej szkoły przez sobotę i będziemy paść krowy. Czas jednak pokazał, że zdobyliśmy średnie i wyższe wykształcenie, a dzieci sąsiadów skończyły na szkole podstawowej.

Moje zainteresowania religijne sprawiły, że przez pewien czas uczęszczałem na religię w kościele katolickim. Chciałem też lepiej poznać nauki kościoła, aby mieć większą wiedzę potrzebną w rozmowach z kolegami. Często słyszałem jak ksiądz uczył niezgodnie z Biblią. Miałem wtedy ogromną chęć sprzeciwić się temu, ale byłem nieśmiały. Ksiądz wiedział, że moja mama jest adwentystką i kiedyś postawił mi podchwytliwe pytanie. Kiedy odpowiedziałem tak jak mówi Biblia, a nie jak oczekiwał ksiądz – wtedy powiedział – “siadaj, głupi jesteś”. Cała klasa miała powód do śmiechu.

Przez cały czas grupka adwentystów w Ostrowii powiększała się. Nie było żadnych akcji misyjnych, ani nawet odczytów, a poselstwo rozwijało się jedynie przez osobiste kontakty i świadczenie. Nowe osoby były pozyskiwane. W pewnym okresie grupka ta stała się małym zborem i dla wzmocnienia ewangelizacji, przydzielono na stałe pracownika biblijnego br. H. Nowaka, a później G. Trzpila. Obecnie z tego co mi wiadomo, na tym terenie prowadzone są akcje misyjne z Warszawy i Białegostoku. Wierzę że z Bożą pomocą światło prawdy znów mocniej zajaśnieje nad tym miastem.

Ja osobiście Liceum ukończyłem w r. 1962, w tymże też roku wstąpiłem do Seminarium Duchownego w Podkowie Leśnej i w tym roku przyjąłem chrzest święty. Po 3 latach nauki i ukończeniu Seminarium rozpocząłem studia w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w W-wie. W roku 1970 przystąpiłem do pracy w kościele jako pracownik biblijny w Krakowie, w 1976 r. zostałem mianowany kaznodzieją próbnym.

Sześć lat pracowałem w Krakowie, a od 1976 – w Białymstoku. 26 maja 1979 r. w Warszawie na uroczystym nabożeństwie zostałem wyświęcony do urzędu kaznodziejskiego.

Wraz z rodziną emigrowaliśmy do Australii w grudniu 1981 r i od tego czasu do chwili obecnej należę do polskiego kościoła ADS w Dandenongu (Melbourne). Byłem nauczycielem Szkoły Sob., starszym zboru i korespondentem zborowym.

Moim pragnieniem na przyszłość jest wiernie i z całym poświęceniem nadal pracować dla zbawienia bliźnich.

Jan Kowalak

Opr. Bogusław Kot

(na fot: W. Kuźma z rodziną w USA, 1955 – grupa młodzieży w Grodkowie, 1945 – Henryk Kwaśniewski)

© Wiadomości Polonii Adwentystycznej nr1-2/2006 (Polish Adventist News)

3 Responses to Z pożółkłych kart przeszłości (3)

  1. koala says:

    No cóż, Bóg jest wielki, pełen miłosci i dobroci, potężny, wspaniały i opiekuńczy Ojciec. Tylko tyle mpgę napisać.

  2. marcel says:

    czy ma Pan jakieś zdjęcia z Sierpca zrobione w czasach przed i wojennych?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: