Z pożółkłych kart przeszłości (5)

Czy nie myślisz Czytelniku, że w dobie komputerów, internetu, pośpiechu, zahukania życiem – nie warto w wyobraźni cofnąć się w czasie o ponad 100 lat – pomyśleć o naszych poprzednikach, o ich życiu, ich uczuciach – o przeżywaniu religijnym; ich zetknięciu się z poselstwem adwentowym?

Dziś przedstawiamy rodzinę ze Śląska Górnego, która przeżyła najwięcej czasu w Katowicach. W ciągu życia zmieniano członkom tej rodziny czterokrotnie kraj zamieszkania, a w związku z tym obywatelstwo i język.

Narodzili się w cesarstwie austro-węgierskim lub w Niemczech; po Powstaniu Śląskim – nastała Polska; potem II Wojna Światowa – Niemcy – III Rzesza i znów Polska – PRL. Czy mieli jakikolwiek wybór?

Przeżyli dwie Światowe Wojny i cztery różne systemy polityczne. Absolutyzm cesarski, nowo narodzoną demokrację w Polsce Odrodzonej (międzywojennej), dyktaturę faszystowskich Niemiec i po wojnie ustrój totalitarny PRL-u z inwigilacjami, ograniczaniem wolności – w atmosferze donosów i prześladowań.

Bywają różne historie – prawdziwe albo nieprawdziwe, pisane na zamówienie; poprawne politycznie lub ukierunkowujące światopogląd – przeżyliśmy to! Dla nas ważne są historie pisane życiem i sercem… historie naszych adwentystycznych poprzedników.

Nie są to teksty rehabilitujące czy potępiające, celem ich jest jedynie wspomnieć o ludziach – a Bóg niech sądzi i nagradza! Ludzi (którzy jeszcze coś z zamierzchłych czasów pamiętają i chcą się podzielić z innymi) wyszukują, rozmawiają, porównują te historie z przekazami ustnymi i zapiskami swoich ojców (kaznodziejów) oraz spisują:

– Tadeusz Niewiadomski i Bogusław Kot.

Saga Rodu Czemborów

27 marca 1880 r. w Goczałkowicach-Zdroju (powiat Pszczyna) na Górnym Śląsku będącym wtedy pod zaborem austriackim – urodził się Georg Jakub Czembor. Jego żona Maria, Jadwiga Stefke urodziła się również w tej miejscowości 13 sierpnia 1882 r.

Obydwoje byli wyznania ewangelicko-augsburskiego. W roku 1903 zawarli związek małżeński w urzędzie stanu cywilnego w Goczałkowicach Zdroju i także w kościele ewangelickim.

Początkowo mieszkali w Chropaczowie (pow. Bytom), nieco później postanowili przenieść się do Katowic, gdzie dożyli końca swych dni. Jako gorliwi, praktykujący protestanci regularnie uczęszczali każdego tygodnia na niedzielne nabożeństwa.

Georg pewnego dnia (byli już małżeństwem 9 lat) szedł śródmieściem Katowic i wyczytał na plakacie ogłoszeniowym informację o wykładach ewangelizacyjnych, odbywających się w namiocie przy ul. Młyńskiej. Zainteresowany tym ogłoszeniem, postanowił jeszcze tego wieczoru uczestniczyć w spotkaniu. Słuchał uważnie, porównywał kazanie z prawdziwością swojej ulubionej luterańskiej Biblii – nie było sprzeczności.

Do domu wrócił dość późno, żona zapytała o przyczynę tego spóźnienia. Po wysłuchaniu wypowiadanych przez męża z emocją myśli, popadła w “świątobliwy gniew”. Powiedziała: “Georg, jak możesz; jak możesz sprzeniewierzyć się luterańskiej, tak ciężko i krwawo wywalczonej reformacyjnej wierze? Ponadto pamiętaj o tym, że od naszych pradziadów wywodzimy się jako protestanci”.

On zaś spokojnie przekonywał, że nie widzi w tym nic złego jeśli pójdzie na religijne wykłady dla lepszego zrozumienia Słowa Bożego. Georg uczęszczał na te spotkania i prosił żonę, aby choć raz poszła z nim. Wreszcie powiedziała “pójdę, ale tylko jeden raz – pamiętaj o tym”. Poszła…

Tegoż wieczoru namiot był przepełniony słuchaczami. Kazanie pełne Ducha św. wygłaszano w języku niemieckim oczywiście i po zakończeniu poproszono o powstanie do modlitwy. O dziwo, kaznodzieja w trakcie modlitwy skierował słowa jakby do żony Georga: “Maria, deine Suden sind dir vergeben (Mario, grzechy twoje są ci przebaczone)”.

Maria z przerażeniem wielkim i biciem serca rozglądała się, czy ktoś tu ją może zna? Nie dostrzegła nikogo. Zrozumiała, że nie był to głos ludzki, lecz głos Ducha św. W pokorze serca i milczeniu wracali do swego domu. Rozmawiając później z mężem, przypomniała sobie swojego ojca Georg-Paul Stefke (ur. w 1844 r.) wychowanego w nabożnej rodzinie, który pewnego dnia zebrał swoje dzieci wokół siebie (żona i matka zmarła w młodym wieku) i powiedział znamienne słowa: “Jak wiecie dzieci jesteśmy ewangelikami. Czytam systematycznie Biblię tłumaczoną przez dzielnego reformatora Marcina Lutra. W niej właśnie wyczytałem kilkakrotnie o święceniu soboty, a nie niedzieli. Nie mogę tego zrozumieć teraz. Być może kiedy wy dzieci dorośniecie, Pan Bóg ześle światu poselstwo lepszego zrozumienia tej sprawy – wówczas nie sprzeciwiajcie się temu głosowi. Przyjmijcie tę Ewangelię według nakazu Bożego”.

Maria przejęta tym wspomnieniem, nie miała żadnych zastrzeżeń, ani wątpliwości co do wykładów. Georg, Jakub i Maria, Jadwiga Czemborowie zostali ochrzczeni w 1913 r. w tzw. “Dolinie Trzech Stawów” w Katowicach. W tym czasie mieli już 4 dzieci: Wiluś – 9 lat, Rózia – 6 lat, Matyldzia – 2 latka i noworodek Konrad.

Warte odnotowania jest to, że Wiluś oprócz zadań szkolnych, często zajmował się ulubioną tzw. “pastorską zabawą”. Ustawiał rzędem krzesła, na których kładł książki – miały one przedstawiać słuchaczy. Na froncie ustawiał mały stoliczek – kazalnicę, a na nim Biblię i śpiewnik oraz dyspozycję do kazania.

Nabożeństwo rozpoczynał pieśnią, którą sam śpiewał, a czasem grał na skrzypeczkach. Czasami jak się dobrze ułożyło, na krzesłach sadowił młodsze dwie siostrzyczki. Modlił się na głos i wygłaszał kazania. Tak działo się wielokrotnie… 14 sierpnia 1914 r. syreny obwieściły wybuch I Wojny Światowej. W tym czasie Georg Jakub Czembor liczący 34 lata podlegał poborowi do wojska. I rzeczywiście nastał dzień powołania go na wojnę.

W ciągu trwania wojny powoływano coraz to nowych mężczyzn, tak że w zborach zabrakło braci do usługiwania. W Katowicach w tym czasie Bóg obrał sobie 10 letniego chłopca Wilusia Czembora. Z powodu dziecięcego jeszcze wzrostu, za kazalnicą stawać musiał na specjalnym podwyższeniu i wygłaszał kazania.

Nabożeństwa uwieńczane były szczerymi i wzruszającymi modlitwami osamotnionych żon – sióstr mających pod swoją opieką liczne grono dziatek.

W 1918 r. I Wojna Światowa się zakończyła i tato Georg Czembor wrócił do domu. Zbór w Katowicach powierzył Georgowi (Jerzemu) Czemborowi urząd Starszego Zboru, Starszego Diakona oraz nauczyciela Szk. Sob. Urząd Starszego Zboru piastował przez 30 lat, jednając sobie powszechny szacunek i poważanie jako gorliwy i bogobojny chrześcijanin, zmarł w 1952 r.

Żona Maria – była skarbniczką, sekretarką misyjną oraz diakonką i również starannie wywiązywała się z obowiązków przez szereg lat, zmarła w 1958 r.

Wilhelm B. Czembor

Urodził się 7.08.1904 r. w Chropaczowie na Śląsku. Mając 14 lat przyjął chrzest w kościele adwentystycznym, stając się członkiem zboru katowickiego – był to rok 1918. Obdarzony duchowymi zdolnościami, ochoczo i w pokorze serca służył zborowi.

Trzy lata później (już po Powstaniach Śląskich w latach 1919, 1920 i 1921) znalazł się w obrębie odrodzonej, niepodległej Polski, liczył wtedy 17 lat – doczekał się pięknego okręgowego zjazdu ADS w Katowicach. Przybyli różni goście i kaznodziejowie na czele z przew. Zjednoczenia (Diecezji) – kazn. Rudolfem Cunitzem.

Rada zboru w Katowicach poleciła Wilhelma do przywitania gości i wszystkich przybyłych członków zboru. Wilhelm brał czynny udział w zjeździe, a szczególnie w Szkole Sobotniej. Młodzian nie wiedział, że obserwowany jest przez braci starszych.

Korzystając z przerwy i dogodnej sytuacji, przew. Rudolf Cunitz przeprowadził dość długą rozmowę, po której zasugerował Wilhelmowi pracę kolporterską. Młody Wiluś z zapałem przyjął Boże wezwanie.

W latach 1923/24 uczęszczał do szkoły misyjnej w Bielsku Białej, po ukończeniu której został powołany do pracy w kościele jako młodszy duchowny. Pracował w Tarnowie, Bielsku i Krakowie.

W dniach 4-8 lipca 1928 r w Bielsku, Wilhelm powołany został na sekretarza do spraw młodzieży przy Zarządzie Centralnym Kościoła, którego siedziba była wtedy w Bydgoszczy. W roku 1929/30 uzupełnił swoje wykształcenie w Stanborough College – Watford, Anglia.

W roku 1931 został ordynowany na kaznodzieję. W tym czasie przewodniczącym był kazn. John Isaak. Na tejże uroczystości obecny był również kazn. Christian – obaj bracia byli pochodzenia niemieckiego. 25-30 sierpnia 1936 r. w Warszawie odbył się V Zjazd Delegatów Kościoła, który na stanowisko przewodniczącego kościoła powołuje Wilhelma Czembora czyli po raz pierwszy kierownictwo kościoła w Polsce spoczęło w rękach przywództwa krajowego. Funkcję tę piastował, aż do roku 1945.

Wraz z wybuchem II Wojny Światowej w 1939 r. nastąpiły zmiany terytorialne i organizacyjne w Kraju oraz w kościele. Wileńszczyznę, Polesie, Wołyń i wschodnią Małopolskę zagarnął Związek Radziecki (17 września 1939 r.)

Zachodnie i północne tereny Polski, a więc Pomorze, Wielkopolskę, Śląsk i województwo łódzkie włączono w skład nazistowskiej III Rzeszy. Ze środkowych terenów Polski – województwa: warszawskie, lubelskie, kieleckie i krakowskie (dystrykty: krakowski, lubelski, radomski, warszawski i od 1941 r. – galicyjski), utworzono tzw. Generalne Gubernatorstwo z siedzibą w Krakowie na Wawelu.

W konsekwencji cały polski Kościół ADS został rozczłonkowany i “unicestwiony” – znalazł się na zachodzie i wschodzie pod obcą administracją. Kazn. Wilhelm Czembor wybrany w roku 1936 na stanowisko przewodniczącego kościoła w Polsce (a kazn. Erwin Lawaty na sekretarza) – piastowali tę funkcję praktycznie również w Generalnym Gubernatorstwie. Siedziba kościoła mieściła się w Warszawie przy ul. Tureckiej 1. Trudne było położenie braci kierujących Kościołem.

Nie obeszło się bez przesłuchań władz kościoła (choć pochodzili ze Śląska i byli traktowani jako obywatele Rzeszy!) przez gestapo.

Nie były to łatwe czasy dla przywódców i wyznawców kościoła adwentystycznego w III Rzeszy. Wystarczy przeczytać książkę Susi Hasel Mundy “Wierzyć Bogu w czasach Hitlera” (wyd. Chrześcijański Instytut Wydawniczy “Znaki Czasu”, W-wa 2005r.)

W Generalnej Guberni władze okupacyjne zabroniły kościołowi wszelkiej publicznej działalności. Ci, z polskich duchownych, którzy nie zgodzili się na podpisanie tzw. “Volks listy” – musieli być zwolnieni.

Tak było z moim ojcem Marianem Kotem. Pewnego dnia w Jarosławiu został wezwany na gestapo – proponowano mu podpisanie “volks listy” (wcześniej uczyniono to z jego mamą) – obydwoje odmówili.

Następstwem tej decyzji była wizyta przew. kościoła Wilhelma Czembora oraz sekr. Erwina Lawatego, którzy z bólem serca przekazali wiadomość, że ojciec musi być zwolniony – takie było prawo Generalnej Guberni – Polakom nie wolno było pracować w różnych instytucjach (nadawali się tylko do pracy niewolniczej!). Z moim bratem Zdzisławem cieszyliśmy się, że mieliśmy tatę w domu. Nie wychodził nawet za często i za daleko od domu, żeby nie zostać złapany do robót przymusowych.

Zbór w Radomiu 1943r.  Na środku siedzą: Wilhelm Chembor, Erwin Lawaty, Marian Kot.

Kiedy ofensywa niemiecka załamała się pod Stalingradem z końcem 1942 r., “żelazne” prawa Generalnej Guberni zaczęły mięknąć. W roku 1943 znów zjawił się w Jarosławiu przew. Wilhelm Czembor i z radością obwieścił mojemu ojcu, że jest na nowo zatrudniony w Dziele i ma natychmiast udać się do Radomia, gdzie zmarł kaznodzieja Klemens Piątek. W Radomiu ojciec mój był już do końca wojny.

Z początkiem lipca 1944 r. odbyło się – w siedzibie kościoła przy ul. Tureckiej 1 – nadzwyczajne posiedzenie Rady Kościoła pod przewodnictwem kazn. Wilhelma Czembora z udziałem pastorów: Jana Borodego, Mariana Kota, Mariana Hinza, Andrzeja Maszczaka i Józefa Rosieckiego z Lublina, gdzie po wejściu wojsk sowieckich, w kościele utworzono Tymczasowy Komitet Organizacyjny Kościoła z kazn. Stefanem Kapustą jako przewodniczącym.

Pod koniec lipca 1944 r. (tuż przed Powstaniem Warszawskim) pastor Wilhelm Czembor wyjechał z Warszawy i udał się do Bielska Białej, gdzie przebywała już jego rodzina. W trudnych latach II Wojny Światowej kazn. Wilhelm Czembor ze szczególnym poświęceniem troszczył się o dobro kościoła, jego wyznawców i duchownych; wielu “rdzennym Polakom” przychodził z pomocą.

Używając swojego autorytetu, wstawiał się przed władzami Rzeszy – chronił od prześladowań. Tak było w 1941 r., gdy wystąpił w obronie Franciszka Łyko oskarżonego niesłusznie przez zakopiańskie gestapo.

A po wojnie? Kazn. Wilhelm Czembor musiał ukrywać się przed nowopowstałymi władzami PRL., przed konfidentami zewnętrznymi i wewnętrznymi i wszystkimi tymi, którym swoim autorytetem – “zagrażał”.

Zabroniono mu wszelkiej działalności w kościele, był wzywany (do odpowiednich urzędów) na przesłuchania itd. W obawie przed represjami ukrywał się w różnych miejscach i u różnych ludzi, a nawet co najsmutniejsze – na cmentarzu katowickim.

Dziś większość osób, którzy znali Wilhelma Czembora i ukrywali go – już odeszła. Podam choćby dwa nazwiska dla poparcia historii mało znanej: ukrywał się m.in. u Anny Szturc (ciocia pastora Pawła Cieślara) na Kozińcach w Wiśle, wędrował często w przebraniu i tak trafił do rodziny kazn. Kulessy, który w tym czasie mieszkał w Borkowicach, pow. Kluczbork.

W roku 1947 skorzystał z oferty pomocy w przedostaniu się do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. W przedostaniu się tam przez “zieloną granicę” pomógł mu br. Marian Szymański (patrz odcinek IV – Wiadomości Polonii Adwentystycznej 3/2006 r.).

Ludzie są dobrzy i źli, człowiek człowiekowi stwarza różne sytuacje, ale Bóg prowadzi i ochrania. Wilhelm Czembor przez długie lata piastował godność członka Rady Kościoła adwentystycznego w NRD, a od roku 1969 kierował Korespondencyjnym Kursem Biblijnym przy Seminarium we Friedensau.

Ostatnie lata, będąc już na emeryturze poświęcił się duszpasterstwu w miejscowym Domu Opieki. Odwiedził Polskę w latach 60-tych. Odszedł 25 listopada 1984 r., z nadzieją na zmartwychwstanie.

Róża, Anna (Czembor) – Emil Niedobowie

Róża urodziła się 18 maja 1907 r., w Katowicach. Była bardzo wesołego usposobienia, bardzo usłużna, pełna radości życia, bystra, energiczna i o silnej woli. Razem ze swoim bratem Wilusiem, starszym o 3 lata, pomagali swojej mamie w zdobywaniu żywności kiedy zabrakło ojca – został zabrany na I Wojnę Światową. Wstawali bardzo wcześnie rano i ustawiali się w kolejkach po żywność na kartki – dopiero później szli do szkoły.

Tak mijały dni czasów wojny. Po ukończeniu szkoły powszechnej, Róża poszła do szkoły zawodowej, gdzie nauczyła się krawiectwa. Obdarzona w tym kierunku szczególnymi zdolnościami, częstokroć bezinteresownie poświęcała swój czas dla rodziny i bliźnich.

W zborze katowickim kilka lat piastowała funkcję kierowniczki “Tabity” (punkt działalności charytatywnej). Była również kierowniczką młodzieży, opiekunką i kierowniczką na koloniach letnich w Bielsku Białej i w Wiśle Głębcach. Obdarzona dobrym głosem sopranowym wielokrotnie śpiewała na okręgowych i zjednoczeniowych (diecezjalnych) zjazdach. Nastał dzień, że Róża poznała wybitnego kaznodzieję-ewangelistę – Emila Niedobę i zawarli ślub w 1937r.

Róża i Emil Niedobowie z córeczkami od lewej: Lotta, Halina, Danuta.

Pan obdarzył Niedobów trzema córeczkami. Lotta – wyszła za mąż za Edmunda Elsnera (mieszkają obecnie w Queensland – Australia), Danutą – żoną dra Floriana Elsnera (po trudnej walce o zdrowie, zmarła w wieku 48 lat w Niemczech) i Haliną – która wyszła za mąż za Piotra Szlachetko (mieszkają w Melbourne – Australia).

Emil Niedoba urodził się w 1906 r., w rodzinie Józefa i Anny (z domu Brzeżek). Rósł w rodzinie kaznodziejskiej, został ochrzczony w 1923 r., a po roku zgłosił się do pracy w kościele jako kolporter-ewangelista na Śląsku, a następnie pracował we Lwowie i Przemyślu.

Po ukończeniu Seminarium Duchownego w Kamienicy na Śl., został pracownikiem w Poznaniu, gdzie pozyskiwał cenne dusze dla Chrystusa – m.in. br. Nowickiego, który w przyszłości został kaznodzieją.

W 1930 r. przeniesiony został do pracy duszpasterskiej we Lwowie. Dzięki jego pracy powstały zbory w Połonicach, Uszkowicach, Pełtwi i Dujanowie. Jako kaznodzieja próbny powołany został na sekretarza oddziałowego w Zjedn. Wsch. (Diecezji Wschodniej). Po przyłączeniu Zaolzia do Polski, został przydzielony do pracy duszpasterskiej w Karwinie, gdzie zastała go II Wojna Św.

Po wojnie pracował w Bytomiu, na Warmii i Mazurach. Pełnił funkcję przew. Diecezji Zachodniej, później Południowej. W 1966 r. powołany został do pracy w Oddziale Ewangelizacji i Spraw Kaznodziejskich przy Zarządzie Centralnym w Warszawie.

W tym czasie warunki pracy nie należały do najłatwiejszych. Z dniem 1.10. 1969 r. przeszedł w stan spoczynku i wyemigrował w r. 1970 do Australii, gdzie przeżył 21 lat jako członek polskiego kościoła w Oakleigh, a następnie w kościele Wantirna.

W małżeństwie z Różą przeżył 54 lata. Zmarł w 1991 r. Żona Róża (Rozalia) członkini polskiego kościoła w Wantirna cieszyła się jeszcze 6 lat (mieszkając u najmłodszej córki Haliny) Prawdą, pełna wiary i ufności w Bogu. Odeszła w 1997 r. i obydwoje z Emilem spoczywają w czerwonej australijskiej ziemi (Springvale, Victoria) w oczekiwaniu na swojego Zbawiciela, w którego powrót wierzyli.

Matylda, Gertruda (Czembor) – Aleksander Krukowie

Według matczynej opowieści, Matyldzia była spokojnego i zrównoważonego usposobienia. Od najwcześniejszych lat zainteresowana była książkami, za naukę otrzymywała wyróżnienia. Kończąc szkołę podstawową, otrzymała świadectwo z najlepszymi wynikami. Pragnęła dostać się do Szkoły Handlowej. Udała się więc ze świadectwem do dyrektora szkoły i tu spotkał ją afront. Dyrektor zaczął czytać: “Ewangelicka Szkoła Powszechna, im. Mikołaja Reja w Katowicach, ul. Szkolna 6”.

Nie oceny były dla niego najważniejsze. Na domiar złego Matyldzia, młoda dziewczyna chciała załatwić sprawę najsumienniej, przedstawiła się jako wyznawczyni Kościoła Adwentystów, prosząc o wolne soboty. Przyrzekała, że będzie odrabiała lekcje z sobót na bieżąco.

Dyrektor z ironią odpowiedział: “mało tego, że uczęszczałaś do jakiejś ewangelickiej szkoły, w dodatku jesteś sekciarką i ośmielasz się o przyjęcie do szkoły. Zabieraj ten papierek i wracaj do domu – Polska Rzeczpospolita nie ma zamiaru kształcić sekciarzy” (była to Polska przedwojenna!).

Ponowna próba – nie dała rezultatu. W młodym sercu zrodziły się wątpliwości. Dziewczyna walczyła sama z sobą (nie była jeszcze ochrzczona!). Co w tej sytuacji robić? Na szalę trzeba było położyć wiarę lub karierę. Rodzice się modlili, prosząc Boga o pomoc.

Matylda widziała mozół i trud ciężkiej pracy ojca, który w hucie cynku w Katowicach-Bogucicach pracował w pocie czoła przy piecach o wysokich temperaturach – nie narzekając. Ubłagał on wprost wolne soboty w zamian za pracę w godzinach dodatkowych w tygodniu. Wracał do domu wyczerpany, ale dziękował Bogu za darowane mu zdrowie i siły, które pozwalają zaspokoić potrzeby licznej rodziny.

Ten żywy obraz, przykład ojca – nie uszedł uwadze czułej Matyldzi. Rodzice nie nalegali, a dziewczyna sama podjęła decyzję – zdecydowała iść śladami Pana, powierzając Jemu swoją przyszłość.

Żeby pomóc rodzicom podjęła pracę w charakterze pomocy domowej, ale było to jednak za duże obciążenie dla młodej dziewczyny. Zapisała się na zaoczny 2 letni kurs biurowości. W tym samym czasie studiowała również Pismo św. oraz czytała adwentystyczne książki. Niedługo stała się członkiem zboru katowickiego.

Po ukończeniu nauki napotkała problem ze znalezieniem pracy z wolną sobotą. Matylda i rodzice znów modlili się i po niedługim czasie została zatrudniona przez Kościół do pracy biurowej w “Wydawnictwie POLIGLOT” w Bydgoszczy, później w Warszawie. Tamże nazwano ją Danusią. W wydawnictwie pracowała 11 lat tzn. do roku 1939. W tymże roku wyszła za mąż za kaznodzieję Aleksandra Kruka.

Braterstwo Krukowie z córkami: Urszulą, Krystyną i Ninką.

Aleksander Kruk był długoletnim kaznodzieją Kościoła ADS. Pracował misyjnie w wielu miejscowościach. Zajmował różne stanowiska w Dziele. Pracę w Kościele rozpoczął w 1925 r. Po ukończeniu Szkoły Teologicznej w Warszawie przy Al. Róż 9, we wrześniu 1929 r. został sekretarzem Diecezji Śląsko-Galicyjskiej. W latach 1933 – 1939 był sekretarzem oddziałowym przy Zarządzie Centralnym.

Wyświęcony został w r. 1947, po czym do 1951 r. był przew. Diecezji Wschodniej. W 1954 r. z Radomia zostaje przeniesiony do Białegostoku, a w r. 1957 do Gdyni. W roku 1961 zostaje wybrany przewodniczącym Diecezji Południowego i w latach 1962/63 jest duchownym zboru w Krakowie. Na zjeździe wyborczym w 1971 r. zostaje sekretarzem Diecezji Południowej i jest nim do przejścia na emeryturę w 1973 r. Zmarł w Krakowie w wieku 74 lat.

Był znakomitym tłumaczem kazań wygłaszanych po angielsku przez gości zagranicznych. Po śmierci swojego męża, żona Danusia wdowieństwo spędzała u córek Niny, Krystyny w Krakowie i Urszuli w Kanadzie. Ostatnie lata przeżyła w Wieliczce. W międzyczasie odwiedziła ją w 2005 r. córka Urszula z Kanady, ale nie było dane jej cieszyć się z mamą i siostrami – śmierć ją zabrała, a niedługo później odeszła mama Matylda, Gertruda (Danuta) Kruk – Czembor.

Konrad Czembor

Urodził się 3 maja 1913 r. w Katowicach. Kiedy miał 15 miesięcy wybuchła I Wojna Św. Po wyjeździe ojca na wojnę, mały Konradek poważnie zachorował na zapalenie uszek. Domowy lekarz przepisał jakąś maść trudną do zdobycia – chłopiątko płakało. W czasie kolejnej wizyty lekarz stwierdził: “stan dziecka jest beznadziejny, wątpię czy ono przeżyje tę noc”.

Mama Maria westchnęła: “Panie, Ty widzisz mą niedolę, proszę Cię – ulituj się nade mną i dziećmi moimi; usilnie błagam Cię, okaż się Arcylekarzem”. I tak wpatrzona w “odchodzącego” synka klęczała… wtem usłyszała głos: “Mario wstań, weź Venum-Grekum (to coś podobne do siemienia lnianego). Tą ciepłą papkę przyłóż na uszka i pilnuj żeby zawsze były ciepłe”.

Tak zrobiła. Konradek się uspokoił i przespał kilka godzin. Na płócienkach z papką, mama zauważyła ropną ciecz – dziecko się uspokoiło. Trudno ująć słowami radość, wdzięczność i miłość do Boga, jaką mama w swym sercu odczuwała. Kiedy lekarz przyszedł następnego dnia, zobaczył uśmiechniętą twarz matki i spokojne chłopiątko siedzące w łóżeczku. Cóż ja widzę, rzekł lekarz – to rzecz niewiarygodna, wprost niemożliwa.

Panie doktorze, powiedziała mama – u Boga wszystko jest możliwe. Doktor rzekł – ten przypadek zaliczam do wielkiego Bożego cudu; podziwiam pani wiarę, dotąd w moim życiu i praktyce nie spotkałem się z takim przypadkiem.

Zaledwie parę lat później Konrad został ponownie zaatakowany dziecięcą chorobą – Polio. Kalectwo jednak nie przeszkadzało Konradowi w nauce. W wieku młodzieńczym został ochrzczony i przyjęty do zboru w Katowicach. Z czasem powierzono mu urząd diakona do zbierania darów i witanie gości.

Odczuwał chęć pracy dla Pana i choć ułomność mu dokuczała, postanowił kolportować literaturę. Pracę swą zawsze rozpoczynał modlitwą. Nie mógł chodzić po schodach, postanowił więc odwiedzać sklepy i parterowe domy.

Pewnego dnia Konrad postanowił pojechać do Mysłowic. Pracę swą rozpoczął od dwupiętrowej kamienicy. Doszedł na II piętro zmęczony i zdyszany zapukał do drzwi. Ukazała się urodziwa, czarnowłosa, średniego wieku kobieta. Widocznie żal jej się zrobiło zmęczonego, fizycznie poszkodowanego młodzieńca i zaprosiła go do mieszkania, częstując napojem.

Konrad przedstawił literaturę. Niewiasta przeglądając ją, zadawała pytania – był tam ponad godzinę. Zaciekawiona “jakąś tam Ewangelią” prosiła Konrada o ponowne odwiedziny. Konrad nieśmiało zapytał czy może przyjść z ojcem, który jest wspaniałym znawcą Słowa Bożego. Ponadto widząc małą dziewczynkę zaproponował, że przyprowadzi swoją siostrzyczkę żeby się mogły pobawić. Propozycja została przyjęta i wizyty takie odbywały się przez dłuższy czas.

Jednego razu w czasie studiowania Pisma św., kobieta ta wyznała swą wiarę w Jezusa i wyraziła chęć przyjęcia chrztu św. Lekcji przygotowawczych i chrztu dokonał kazn. Anton Ludtke.

Tą nową adwentystką była – Maria Kaszyca, zaś jej córka Elżbieta została żoną kaznodziei J.A. Skrzypaczka.

Konrad ciesząc się z wyników, pracował z poświęceniem, ale stopniowo podupadał na zdrowiu. Przeżył prawie 23 lata w bólach i cierpieniach, ale w radości służenia Bogu. Nad grobem wzruszająco i uroczyście przemawiał rodzony brat – kazn. Wilhelm Czembor. Zakończył swą przemowę dwuwierszem: “Przez krzyż do korony; przez śmierć do życia”.

Elfryda, Erna (Czembor) – Erwin Lawatowie

Ojciec rodziny – Jerzy, Jakub Czembor w 1914 r. został powołany do służby wojskowej i wysłany na wojnę. Musiał z żalem w sercu pożegnać się ze swoją żoną Marią (będącą w odmiennym stanie) i czworgiem dzieci. Jerzy swoje umiłowane grono żarliwie powierzył Bożej opiece.

Dobry Pan wysłuchał prośby. 6 marca 1915 r. na świat przyszła córeczka Elfryda, Erna. Rodzicielka obdarzona zdrowiem, umiejętnie z pomocą Bożą wychowywała swoją piątkę. Ogrom pracy, mozołu i trudu, a także tęsknota sprawiały, że czasami ręce Marii opadały z sił.

W 1918 r. zakończyła się wojna i Jerzy, przy zdrowiu – radośnie powrócił do domu. Dzieci podrosły, a najmłodsza Erna, na widok “nieznajomego przybysza” – zalewała się łzami.

Jako nastolatka wzrastając w duchu adwentowym, postanowiła przyjąć chrzest św., stając się kolejnym członkiem zboru w Katowicach. Ukończyła ewangelicką szkołę podstawową im. M. Reja w Katowicach i po 2 letniej nauce w Szkole Wydziałowej, najstarsza siostra Róża namówiła Frydzię do nauki w Seminarium Kościoła ADS w Bielsku-Białej (pokrywała opłaty związane z nauką siostry).

Radom, 1944r — kazn. Erwin Lawaty chrzci przyszłego kazn. Konstantego Bullego.

Tam Erna zapoznała się z Erwinem Lawatym – późniejszym kaznodzieją. Po ukończeniu Seminarium powróciła do domu i po niedługim czasie przyjęła pracę jako wychowawczyni 3 letniej Basi – bratanicy marszałka Rzeczypospolitej Polskiej – Rydza Śmigłego. Obowiązek ten wykonywała do czasu zaślubin z jej narzeczonym.

Krótko po ślubie, którego udzielił kazn. Paweł Englert, oraz po weselnym przyjęciu – nowożeńcy jako państwo Lawatowie odbyli “podróż poślubną” do stołecznego miasta Warszawy. Tam przy ul. Tureckiej 1 było miejsce pracy Erwina Lawatego, pełnił funkcję skarbnika w “Polskim Domu Nakładowym”.

W latach II Wojny Św. pełnił funkcję skarbnika i sekretarza w Zarządzie Kościoła ADS w Generalnym Gubernatorstwie.

Po wojnie pracował w różnych zborach jako kaznodzieja. w roku szkolnym 1960/61 był wykładowcą w Seminarium Duchownym w Podkowie Leśnej – mieszkał wtedy w Gdyni. Potem w latach 1966 – 1969 piastował funkcję dyrektora tegoż Seminarium.

Jako ciekawostkę należy podać, że kazn. Erwin Lawaty wyszedł ze zboru w Łodzi, gdzie jego ojciec A. Lawaty był diakonem (Sł. Zb. 3/1939)

Br. Lawatowie mieli trzech synów – Ernesta, Edwarda i Andrzeja. Z Polski br. Lawatowie wyjechali na skutek niezbyt sprzyjających warunków m.in. politycznych i udali się w r. 1969 do USA, a później w 1972 do Niemiec. Mieszkali w Offenbach k. Frankfurtu, gdzie kazn. Lawaty był przez 10 lat starszym zboru. Po przejściu na emeryturę przenieśli się do Gottingen – Dolna Saksonia, a obecnie mieszkają w Altensteig – Schwarzwald.

Braterstwo Lawatowie z synami od lewej: Edward, Andrzej, Ernest.

14 kwietnia 2007 w zborze Warszawa-Centrum chrzest święty przyjęła Aleksandra Lawaty – prawnuczka Erwina Lawatego, córka Roberta Lawatego – znanego polskiego kontratenora.

Johanna, Małgorzata (Czembor) – Stanisław Rafanowiczowie

Urodziła się w 1921 r. w Katowicach-Bogucicach. W czwartym roku jej życia, uczęszczała do przedszkola ewangelickiego, a później do ewangelickiej Szkoły Powszechnej Nr 6, im. Mikołaja Reja.

Kilkuletni okres szkolny upłynął szybko. Należało wybrać zawód i kierunek dalszej nauki. Nauczyciele sugerowali kierunek aktorski – miała dobry głos i zdolności artystyczne. Kiedy podzieliła się tym ze swoim ojcem – odpowiedział: “Dziecko, ten wybór należy do ciebie. Musisz zdecydować chcesz być artystką czy adwentystką. O jednym tylko pamiętaj, że dwom panom służyć nie można”.

Postanowiła pójść (śladami siostry) do Szkoły Handlowej. Po wejściu do gabinetu dyrektora, przedstawiła swoje dobre świadectwo ukończenia Ewangelickiej Szkoły Powszechnej i poprosiła o przyjęcie. Tenże spojrzał na cenzurkę i powiedział: “Jesteś więc luteranką, co gorsze – może jakąś sekciarką” – z groźną miną, palcem wskazał drzwi. Powtórzyła się historia starszej siostry.

Johanna z przykrością wyszła… Był to rok 1932, a więc w niepodległej Polsce (Kościół Adwentystów DS był ledwo tolerowany!).

W roku 1936 zmarł schorowany brat Konrad. Po tym smutnym wydarzeniu “Jancia” (tak ją nazywali) poważnie zastanawiała się nad znikomością losu człowieczego – nawet młodych ludzi. Postanowiła więc zbliżyć się do Boga i poprosiła o lekcje biblijne. Udzielał je kazn. Antoni Ludtke i chrzest odbył się 24 czerwca 1936 r., potem nastąpiło przyjęcie do zboru w Katowicach – kaplica była wtedy przy ul. Francuskiej 6.

W niedługim czasie Janci udało się zdobyć pracę w firmie żarówek “POLRAM”, w której pracowała do wybuchu wojny i wtedy Górny Śląsk znalazł się pod okupacją niemiecką – został włączony do Rzeszy.

Młodzież była wywożona w głąb Niemiec do pracy w gospodarstwach rolnych. Jako 19 letnia dziewczyna, Johanna przez tzw. “Arbeitsamt” włączona została do transportu dziewcząt, z przeznaczeniem do przymusowych robót w rejonie Hamburg Holstein.

Znalazła się w gospodarstwie owdowiałej wieśniaczki – bardzo energicznej i wymagającej. Praca była ciężka na 40 ha uprawnej roli i przy obsłudze zwierząt gospodarskich.

Spędziła tam cały rok. 29 stycznia 1941 r. wróciła do Katowic do domu, a wskutek ciężkiej zimy (temperatury spadały poniżej -40 st. C) miała odmrożone palce u rąk i nóg oraz twarz.

Po kilku tygodniach pobytu w domu, postanowiła pójść na kurs maszynopisania, stenografii i języka niemieckiego. Po ukończeniu kursu pracowała w Katowicach aż do końca wojny w 1945 r., w dużym przedsiębiorstwie “Montanvertrieb G.m.b.h.” jako stenotypistka.

Po wojnie nadal tam pracowała, a firma nazywała się “Żelazohurt”. Zaraz po wojnie czas był bardzo niebezpieczny na terenach tzw. “Ziem Odzyskanych”. Jednego dnia wracała z pracy z dyrektorem zakładu p. Nusbaunem i natrafili na “łapankę” urządzoną przez wojsko radzieckie. Złapanych wrzucano do ciężarówek i wywożono w głąb Rosji (nie był to bynajmniej przypadek jednorazowy).

Dyrektor niewielkiego wzrostu i szczupły, trząsł się ze strachu i mdlał. Janina postanowiła zeskoczyć z samochodu i roztoczyć opiekę nad chorym (bratem) – udało się wyjść z okrążenia i uciec; była to bezwarunkowo opieka Boża.

W 1947 r. Janina ukończyła Kurs Księgowości. W czasie końcowej nauki dom Czemborów odwiedził przew. Diecezji Zachodniej – kaznodzieja Marian Kot. Jak sam powiedział “natchniony” postanowił pojechać do Katowic do br. Jerzego Czembora w celu otrzymania porady i pomocy w znalezieniu odpowiedniej osoby na miejsce odchodzącej księgowej s. Kazimiery Niedobowej. Mąż Oskar został przeniesiony z Bydgoszczy do Połczyna Zdroju.

Nieświadom tego, że braterstwo Czemborowie mają oprócz Niedobowej, Krukowej i Lawatowej – jeszcze jedną córkę Janinę; tym bardziej kaznodzieja Kot był zaskoczony jej powrotem ze szkoły.

Kiedy dowiedział się, że ta młoda dziewczyna akurat kończy księgowość, wzruszony kierownictwem Bożym, wyraził w modlitwie pożegnalnej szczere słowa podzięki. Tegoż wieczoru wspólnie z rodzicami uzgodniono, że zaraz po ukończeniu kursu Janina pojedzie do Bydgoszczy, gdzie obejmie funkcję sekretarki, skarbniczki i księgowej w Diecezji Zachodniej.

Braterstwo Rafanowiczowie z dziećmi: Jerzy, Andrzej, Mariola.

Po przyjeździe do Bydgoszczy, gościnna rodzina kaznodziei Kota, przyjęła nowego przybysza z chrześcijańską serdecznością – był to rok 1947. Przewodniczący pastor Marian Kot jako wielki przyjaciel młodzieży, zorganizował w 1948 r. ogólnopolski zjazd w Ustroniu, w którym również uczestniczyła Janina. Tam poznała młodzieńca – studenta Seminarium Duchownego w Krakowie – Stanisława Rafanowicza.

W roku 1949 młodzi Janina Czemborówna i Stanisław Rafanowicz stanęli na ślubnym kobiercu w Poznaniu. Ślubu udzielił kazn. Emil Niedoba, świadkami byli pastorzy Erwin Lawaty i Aleksander Kruk.

Pan obdarzył ich trojgiem dzieci. Rodzinne szczęście zacienione zostało zgonem Andrzejka w wieku 12 lat – było to w Łodzi przy ul Kopcińskiego 67. Braterstwo Rafanowiczowie byli długie lata członkami polskiego kościoła ADS w Dandenong, uczestniczyli we wszystkich Kongresach Polonii Australijskiej – obecnie mieszkają w Brisbane – Queensland (Australia), dzieląc z całą wspólnotą polonijno-adwentystyczną radości i smutki w błogiej nadziei przyjścia Pana, Panów i Króla Królów.

Ciekawostka – pierwszy adwentysta Cieszyna!

Kazn. Józef Niedoba z synami Oskarem i Emilem

1.11.1908 r. pierwszym adwentystą w Cieszynie został ochrzczony Józef  Niedoba (późniejszy kaznodzieja), ojciec dwóch kaznodziejów – Oskara i Emila Niedobów.  Brat Józefa, Paweł również był adwentystą i duchownym. Wiadomo, że w tamtych czasach warunki życiowe i praca misyjna wiele różniły się od dzisiejszych, niemniej z wielkim zapałem i poświęceniem przez szereg lat rozsiewali cenne ziarna radosnej Ewangelii. Czynili to zwłaszcza na terenie polsko-czeskim, na Zaolziu w Cieszynie, Karwinie i okolicznych miasteczkach i wsiach.

(Za udostępnienie informacji i zdjęć dziękuję: Janinie Rafanowicz, Barbarze Markowskiej, Nince Kruk oraz Edwardowi Lawatemu i Henrykowi Patryarcha).

– opr. Bogusław Kot

© Wiadomości Polonii Adwentystycznej 4/2006 (Polish Adventist News)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: