Z pożółkłych kart przeszłości (9)

Z początkiem 2007 r. otrzymałem z Polski pracę magisterską Ewy Zaborowskiej pt. „Historia Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego na Białostocczyźnie”, Chrześcijańska Akademia Teologiczna, Warszawa 2007.

We wstępie czytamy: „Do chwili obecnej historia Kościoła Adwentystycznego (Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego) na Białostocczyźnie nie doczekała się szerokiego opracowania. Zbory nie prowadziły kronik, a materiały archiwalne istnieją w formie szczątkowej.  Odeszło już pokolenie osób, które pamiętały początki adwentyzmu na tych terenach. Nie utrwalona historia powoli zaczyna odchodzić w niepamięć. Głównym celem tej pracy jest synteza  zebranych przez autorkę materiałów, aby w jak najbardziej wiarygodny sposób odtworzyć początki i utrwalić historię”.

O wiele lat za późno przystąpiono do spisywania historii adwentyzmu na ziemiach polskich. Pierwsze pokolenie wyznawców adwentyzmu było raczej zainteresowane rozprzestrzenianiem tej idei – niż upamiętnianiem początków.

Tak się składało do tej pory (VIII odcinków), że na nasze łamy trafiali kaznodzieje, ich rodziny i pracownicy kościoła; nastał czas żeby pokazać tego zwykłego, może prostego człowieka-adwentystę ze wsi czy małego miasteczka – a takich przecież były tysiące.

Czytając opowiadania, które mogą wydawać się osobistymi wspomnieniami – wyczujmy ducha tamtych czasów, troski, kłopoty, ale i radość z poznania poselstwa adwentowego; dzielenie się tą radością z innymi, nowiną że Pan Jezus przyjdzie po raz drugi… Służyli jak i czym mogli bliźnim – często z narażeniem własnego życia… jak śpiewali, modlili się – wierzyli swojemu Bogu.  Cześć ich pamięci!

Wydarzenia tamtych lat żyją w pamięci kolejnego pokolenia, szeregi którego juz też mocno zostały przerzedzone; pamięć ich zawodzi, a szczegóły z przeszłości ulegają zatarciu.

W dziale tym nie stawiamy sobie za cel opracowanie naukowe „historii” opowiadanych przez ludzi – raczej „malujemy” ludzi tamtych lat; ich przeżycia związane z poznaniem adwentyzmu i wydarzenia, które układają się w historię dawnych lat…

Białystok – znalazłem się tam w roku 1950, wtedy to mój ojciec (Marian Kot) kaznodzieja, został przeniesiony do Białegostoku z Warszawy.

Jakże był to inny świat!  Ludzie mówili z miękkim, śpiewnym akcentem – wielu używało mowy białoruskiej. Niezapomnianym wydarzeniem był pierwszy zjazd okręgowy. Przyjechali współbracia z Soc, Zabłudowa, Iwanek, Krasnejwsi, Dubna. Ludzie skromni, pogodni, pełni radości chrześcijańskiej – radości ze spotkania swoich współwyznawców. Jakież to było zdziwienie dla nastolatka, kiedy starszy zboru z Krasnejwsi br. Aleksander Dymitruk zapowiedział po białorusku – śpiewamy psalm (któryś z psalmów).

Zbór w Krasnejwsi 1951 rok.

Wszyscy otworzyli Biblie i na głosy po białorusku zaśpiewali psalm – bez nut. Jakież to było piękne! Jacy ci ludzie byli prości i szczerzy w swojej wierze, ileż było radości ze społecznego zgromadzenia…

Na zgromadzeniu tym był ze swoją rodziną br. Sebastian Antoniuk z Soc, żona Antonina i córka Anastazja.

Opowiada Anastazja Antoniuk-Przychodzka, która jest obecnie członkiem polskiego kościoła adwentystycznego w Oakleigh –  Victoria, Australia. Starałem się zachować specyficzny styl opowieści oddający ducha tamtych czasów!

bk

Soce

Soce to miejscowość położona ok. 30 km na północny-wschód od Białegostoku.

Rodzice moi podczas I Wojny Światowej zostali wywiezieni do Rosji, gdzie spędzili „na wygnaniu” cztery i pół roku. Tato był wtedy młody, w wieku poborowym, więc trafił do carskiego wojska w dalekiej Samarze.

Miał akurat dzień wolny, była to sobota. Wyszedł na przepustkę z kolegami do miasta. Mój tato zawsze interesował się religią i Biblią, więc powiedział do kolegów – słyszałem, że tu gdzieś są jakieś „sztundy” (tak nazywano adwentystów, czasami nazywano ich „subotnikami”) – może się tam wybierzemy? Słyszałem, że się zbierają w domu prywatnym, coś czytają i modlą się. A więc poszli. Odnaleźli to miejsce i gdy weszli zauważyli, że mężczyzn prawie nie było i to starsi oraz mali chłopcy.

Szykowała się rewolucja, więc młodszych zabrano do wojska – był to rok 1915/1916.

Kiedy weszli żeby popatrzeć i posłuchać (wszystko prawie prowadziły kobiety; czytały, śpiewały) – koledzy zaczęli się śmiać, im się to nie podobało. Bo to nie tak jak w cerkwi czy kościele.

A mój tato mówi, czego wy się śmiejecie – przecież tu czytają Słowo Boże, kiedy w cerkwi pop czyta Słowo Boże, to wszyscy słuchają z uwagą.

Pobyli tam troszkę – i poszli.

Tato opowiedział o tym mamie… później jeszcze raz tam poszedł.

Wybuchła rewolucja, zapanował chaos – rodzice uciekali do domu, no i wrócili do Polski – do Soc.

Po jakimś czasie tato dowiedział się, że jest tam jeden adwentysta, nazywa się Piotr Pietruczuk – mieszkał na tej samej ulicy.

Tato poszedł do niego i zaczął rozmawiać, powiedział że będąc w Rosji spotkał takich, których nazywają „sztundy” i oni czytali Słowo Boże, a Piotr na to – „no, to subotniki – ja też jestem subotnik”. Od tej pory spotykali się często na rozmowy.

Zbór białostocki 1925 rok.

Spotkania odbywały się w domu rodziców, czytali Słowo Boże. Piotr postarał się o Biblię dla mojego taty i czytali (przeważnie w soboty) – a moja mama to nie. Mama była pobożną kobietą, ale w swoim stylu.

Mama słuchała z kuchni co oni czytali, ale przygotowywała tam coś na niedzielę – gotowała i piekła.

Piotr zwrócił się do mojej mamy – „przecież ty słyszysz co my czytamy”, a ona na to; „ja słyszę i w cerkwi to słyszałam i czytałam w naszym domu. A zresztą, niedługo będzie ślub i rodzina z Rosji przyjedzie, będzie wesele, a ja będę siedziała jak zakonnica, nie chcę być inna”.

On mówi „no słuchaj, Pan Bóg inaczej mówi; możesz też śpiewać na chwałę Bogu”.

Mama odpowiedziała „a… to ja myślę – mam jeszcze czas”.

I tak Piotr przychodził, czytali z tatą Biblię i modlili się – mama się krzątała.

Po kilku tygodniach oni znowu do mamy – „słuchaj, słuchaj – czy ty nic nie myślisz? My się tu modlimy, czytamy, świętujemy sobotę, a ty tam się krzątasz”.

Mama na to, „ja tak sobie myślę, – ale żeby nikt nie wiedział, bo zaraz będą mówić – zmienili wiarę. Żeby tak nikt nie wiedział, to ja bym sie w piątek przygotowała… no, nie wiem – jeszcze pomyślę”.

A Piotr otwiera Biblię i czyta, że miasto zbudowane na górze nie może się ukryć, a świece gdy zapalają w domu, to nie stawiają  pod korzec tylko stawiają w takim miejscu żeby wszystkim świeciły.

Za kilka dni mama przygotowała wszystko na niedzielę w piątek, tylko tak żeby nikt tego nie zauważył.

W sobotę już przysiadła się koło nich – i czytali oraz modlili się razem.

Za jakiś czas rodzice poprosili o chrzest, a ochrzcił ich kazn. Ferdynand Dzik w rzece w Socach – było to w kwietniu. O tej porze był jeszcze nieraz śnieg i cieniutki lód na rzece, musieli więc go pokruszyć.

Kaznodzieja Ferdynand Dzik

Był rok 1923 – mój tato wtedy kolportował. Jak mama się mnie spodziewała, to tato też był na kolportażu… gdzie on nie był… Baranowicze, Łuck i różne inne miejscowości, których nawet nie pamiętam… wtedy to wszystko była Polska jeszcze…

Sebastian Antoniuk – kolporter

Któregoś razu wracał tato do domu z kolportażu i spotkał matkę Siemienowicza, było to w Iwankach. Spotkał kobietę pasącą na łące zwierzęta gospodarskie. Pozdrowili się, a ona się odzywa, ‘o człowieczku, a skąd ty tak idziesz?’. Tato mówi – no wracam do domu… idę i książki sprzedaję. ‘Jakie książki?’ – religijne, religijne sprzedaję. ‘No to jak to, to jest jeszcze coś więcej oprócz naszego prawosławia, prócz naszej cerkwi – jakaś inna religia?’.

A tak, mówi tato – jest religia, która jest według Biblii, według Słowa Bożego i przykazań Bożych.

‘No jak to’ -mówi kobieta – ‘ no nie, to nasza cerkiew prawosławna nie jest już najlepsza?’. A mój tato mówi – no nie, bo w prawosławnej cerkwi nie zachowują tego co mówi Słowo Boże.

No i tak się zagadali, że zrobił się wieczór. Kobieta mówi ‘no i gdzie ty człowieczku będziesz teraz szedł, wejdź do nas porozmawiamy i przenocujesz u nas, a jutro pójdziesz do domu’. Tato chciał iść do domu, ale przyjął zaproszenie.

Izba była biedna, było sporo dzieci. Zaczęli rozmawiać, tato pokazywał książki w języku rosyjskim – Drogę do Chrystusa, Biblię i inne czasopisma. Następnego dnia kiedy odchodził, zostawił im te książki. Umówili się, że tato przyjdzie kiedyś i przyniesie więcej książek jeśli będą się tym interesowali. Na drugi raz, ludzie przyszli – bo jakiś człowiek przyszedł i sprzedaje książki religijne. Długo rozmawiali i powstało większe zainteresowanie. No a potem znowu kiedyś się tam umówili.

Tato później zaprosił jakiegoś (nie pamiętam nazwiska) kaznodzieję, bo z tymi ludźmi trzeba było porozmawiać inaczej.

Po pewnym czasie powstał tam zbór, był to duży zbór jakieś jedna trzecia wsi, to byli adwentyści.

Zbór w Iwankach 1928 rok.

No i wtedy adwentystą został znany nam wszystkim późniejszy kaznodzieja – Włodzimierz Siemienowicz.

Tak, on wtedy miał 17 lat. No i właśnie jak wtedy ten chrzest przyjęli (nie pamiętam czy on był najmłodszym z rodziny), tato widział że on jest taki chętny i zainteresowany – tato mówi; słuchaj, może chcesz ze mną pójść na kolportaż? Ja to załatwię i pójdziemy sprzedawać książki – chętnie się zgodził. Kolportowali dość długo razem, później Włodzimierz poszedł do szkoły misyjnej, no i stał się w przyszłości kaznodzieją.

Zbór w Socach – 1951 rok.

Rodzice utrzymywali kontakt ze zborem w Białymstoku, gdzie mieszkał kazn. Krygier. Braterstwo Krygierowie mieli córkę Lilę (późniejsza Lipska). W zborze białostockim było wtedy z 10 osób.

Co drugą sobotę odwiedzaliśmy się, ci z Białegostoku gościli u nas, a później my u nich – oczywiście dystans 30 km, pokonywaliśmy piechotą.

 

Zbór białostocki 1948 rok.

Nieraz moja mama mówiła, że wtedy to nie było za daleko, ani za ciężko – a teraz człowiek trochę przejdzie, nawet jedzie samochodem – i jest ciężko!

Wtedy była taka miłość i tęsknota, że wszyscy chcieli stale być razem. Moi rodzice z tamtych czasów wspominali kaznodziejów Jerzego Lipskiego i Józefa Zielińskiego.

Czasy Wojny

Cały czas mieszkaliśmy w Socach, tylko przypominam sobie momenty niektóre. Mogę powiedzieć, że niektórzy z Niemców byli dobrymi ludźmi. Jeszcze jak szli na wschód, to mówili; my wam krzywdy nie będziemy robili, nie zniszczymy nic, ale kto wie co będzie za nami, co inni będą robić.

Poradzili żeby z domu powyjmować okna i drzwi… Tato wykopał schron w ziemi i według porady pochował osobno – bo jak jedno coś zginie, to chociaż drugie zostanie. Jak dom stracicie, to przynajmniej jakąś ziemiankę pobudujecie i będziecie mieli okna i drzwi – tak poradziło wojsko Wermacht.

Jak rodzice widzieli, że zbliża się front, strzały… pali sie tu i tam – to tak zrobili. Trochę żywności schowali i innych rzeczy też…

Był taki moment, wtedy Niemcy odstępowali – to była taka duża wieś, Pawły się nazywała. Był tam cały sztab niemiecki… Dookoła były lasy, niedostępne lasy – w których grasowali partyzanci, strasznie grasowali. Tam 3 km od tych Pawłów, komisarz miał coś  załatwić i musiał jechać przez las, ale jego ostrzegali – uważaj, bo tam są partyzanci, możesz mieć problem. I jego żona bardzo go prosiła żeby nie jechał – nie narażaj się, po co ci tam jechać; ale nie usłuchał i pojechał – zabili go.

Było takie zarządzenie, że jak Niemiec zginie, to w promieniu 10 km wszystko ma być zniszczone – i myśmy podlegali temu.

Pamiętam to był piątek, rodzice rozmawiają – mówią, tej nocy to już chyba koniec będzie. Tato przyniósł jeszcze wody ze studni, mama nas wykąpała i oni się też umyli; słońce już zachodziło. Rodzice wzięli Biblię, poczytali, pomodlili się i tato mówi – no to teraz wy idźcie do tego schronu, a mama mówi – nie! Pościeliła w domu i mówi – będziemy wszyscy w domu. Cokolwiek będzie czy się spalimy, czy nas zabiją – to będziemy razem.

Tato nie bardzo się godził, ale mama mówi – nie; będziemy razem. I właśnie ja się położyłam i długo nie mogłam zasnąć, bo myślałam jako mała dziewczynka, że możemy już nie żyć.

Pamiętam tato poszedł w nocy, pozaglądał tu i tam. Przyszedł i do mamy mówi – cisza jest. Później mama przy mnie trochę sie zdrzemnęła, a tato przyszedł jak zaczęło świtać i mówi do mamy – wiesz co? – cisza jest, żyjemy…

Co się okazało – wszystko było dookoła obstawione wojskiem z karabinami maszynowymi – mysz by się nie prześliznęła.

Żona komisarza niemieckiego się wstawiła do tych co chcieli zniszczyć wieś; to ci ludzie niewinni mają poginąć? Mąż mój nie posłuchał rad i przestróg, ja jego prosiłam, płakałam… ja się nie zgadzam na waszą akcję – i oni ulegli.

Zostaliśmy żywi.

Pamiętam wtedy z rana w sobotę, mama w kuchni rozpaliła, zrobiła coś do jedzenia. Krówka dała mleczko – tato wydoił ją, więc mleczko mamy – coś tam jeszcze było. Zjedliśmy śniadanie, potem było czytanie Słowa Bożego – rodzice się modlili, dziękowali Bogu, że żyją.

W moim domu było bardzo dużo modlitwy. Ile? – jak pamiętam jak tato dowoził jedzenia dla ludzi w Białymstoku, zawsze przed wyjazdem rodzice klękali i modlili się.

Mój tato zawsze mówił, ja nie dla jakiegoś zysku to robię, ja tylko chcę żeby ludzie z głodu nie umarli. Brat mojego taty (nie był adwentystą) mawiał – po co ty się tak narażasz? A tato mówił, tak ja wiem, że się narażam, ale wiem że Pan Bóg mnie chroni bo ja dobrą rzecz czynię; chcę żeby ludzie z głodu nie poumierali.

Może jeszcze jedna opowieść o Pawłach. W tej wiosce znowu się coś stało. Niemcy zgonili do dwóch stodół ludzi, zostawili jednego żołnierza (był to Łotysz) i pojechali po większe siły i decyzję dowództwa w Rybołach.

Ten żołnierz był sam z tymi ludźmi. Chodził od grupki do grupki i coś mówił (jakieś jedno słowo). Ludzie patrzyli na niego, myśleli że zgłupiał. Podszedł do naszych znajomych, którzy umieli po niemiecku, zapytali czego od nich chce? A on wtedy do nich powiedział; wiecie, zaraz tu przyjdą i was, razem z tą stodołą spalą – a mnie ludzi szkoda.

Co teraz robić? A on mówi: idźcie do ludzi i powiedzcie żeby uciekali, a kilku mężczyzn niech przyjdzie i zwiążą mnie, trochę poturbują, zakneblują mi usta, przywiążą do jakiegoś drzewa – zabiorą mi broń, ale nie uciekajcie wszyscy naraz;. uciekajcie grupami i daleko stąd – w lasy i pola!

Tak uczynili.

Za jakiś czas przyjechało sporo Niemców. Byli przygotowani do akcji mordowania, przynieśli benzynę – chcieli spalić ludzi w stodole, a tu nie ma nikogo.

Znaleźli tego żołnierza przywiązanego. Kiedy go uwolnili on mówi – zostawiliście mnie jednego i widzicie co ze mną zrobili? – dobrze, że żyję w ogóle.

Czasy powojenne

Zaraz po wojnie zaczęłam szkołę. Zgłosił się ktoś, kto założył szkołę żeby dzieci uczyć. Do 3 klasy byłam w Socach, a później poszłam do Trześcianki – bo tak się stało, że nauczyciel był wezwany do gminy w Narwi. Wracał do domu, było już pod wieczór – była wczesna wiosna i chciał sobie pójść na skróty przez rzeczkę, na której był lód. Ten lód się załamał, on wpadł w zimną wodę. Zanim wyszedł z tej wody i doszedł do domu, to prawie był cały zamarznięty. I oczywiście zaraz się rozchorował, a później może z tego powodu (lub innego) sparaliżowało go. I on już nie mógł uczyć.

Byłam naprawdę maltretowana w szkole. Piątek był okropny i później poniedziałek – byłam opluwana, kamieniami rzucali, kopali – za włosy ciągali.

W poniedziałek pytali – znowu się przywlokłaś, nie zarżnęli cię na macę?

Tak trwało do skończenia szkoły do 7 klasy. Wystawili mi dwóję z historii na świadectwie, historia była zawsze w sobotę – specjalnie to zrobili. A wtedy był wielki problem z książkami, na całą naszą klasę były tylko 2 książki – i z czego tu się uczyć?

Skończyłam szkołę podstawową, złożyłam papiery do Szkoły Ogólnokształcącej w Białymstoku. Egzaminy zdałam, ale papiery przesłali do szkoły metalowej w Olecku. Na co mi to było potrzebne?

Dowiedziałam się, że w Supraślu zamykają handlówkę i powstała tam 2 letnia Szkoła Gastronomiczna, więc się zapisałam. W Supraślu mieszkałam przez jakiś czas u cioci, ale zatrzymać się na dłużej nie było można ze względu na brak miejsca. Byłam tam jednak rok (1951)

Wróciłam do rodziców i po jakimś czasie wyjechałam do Łodzi, gdzie poszłam do Technikum Dziewiarskiego na ul. Kilińskiego. Tu mnie znowu wyrzucili za sobotę…

Tu poznałam Józka Przychodzkiego i pobraliśmy się, mieszkaliśmy na ul. Tuwima – pamiętam te chóry, zjazdy, tętniące życie zborowe!

* * *

Wróćmy jeszcze do Soc i okolic…Powiedz mi coś na temat rodziny Bojków.

Ja chodziłam do szkoły podstawowej do 4 klasy, a Włodzimierz Bojko do klasy 5, przychodził z Żywkowa.

Jak był Tydzień Żniwno Dziękczynny, to mój tato mówi – pójdę po tych koloniach, tam gdzie ludzie mieszkali pojedynczo. Poszedł do Żywkowa. Bojkowie mieszkali na uboczu, przyjechali niedawno z Białegostoku i pobudowali sobie domek.

Tam trafił mój tato z książkami i czasopismami – zainteresowali się. Tato wrócił do domu i z radością opowiadał, że znalazł rodzinę zainteresowaną i zaprosili żebym jeszcze przyszedł. Następnym razem poszedł z Biblią.

Później tato poprosił br. Romualda Wawrzonka, a po jakimś czasie Bojkowie przyjęli chrzest – zdaje mi się, że chrzcił ich br. Marian Kot w Jurowcach, w rzece Supraśl.

W Socach było jeszcze kilka rodzin adwentystów, był sąsiad Milutin, rodzina Miraks, Nikiforuk z żoną, samotna siostra – no i rodzina Bojków.

W Janowie była s. Taraskiewa Puczko oraz Maria i Piotr Jurczuk

* * *

Wracamy do Łodzi, powiedz coś o życiu w Łodzi.

Mój pobyt w mieście Łodzi przypadł na czasy, które nazywaliśmy stalinowskimi, a były to bardzo ciężkie lata. Trudno było o pracę z wolną sobotą. Mój mąż nigdy nie mógł się długo zatrzymać w jednej pracy – bywały to okresy 1 tygodnia. Miał dobry zawód, a musiał zmieniać miejsce pracy wiele razy, bo jak został gdzieś przyjęty to kiedy pod koniec tygodnia, przeważnie w piątek  prosił o wolną sobotę – wyrok; „takich nie potrzebujemy”!

Kiedy później przed wyjazdem z Polski do Australii zbierał dokumenty – miał 39 zaświadczeń z miejsc pracy. Trzeba dodać, że w między czasie niektóre firmy się zlikwidowały i nie mógł otrzymać zaświadczenia o zatrudnieniu. Nie mógł się wykazać co robił przez 2 i pół roku.

Żyło nam się bardzo ciężko, ja przeważnie przebywałam u swoich rodziców w Socach, a jak wracałam do Łodzi – to zawsze coś z żywności przywoziłam.

W międzyczasie młodszy brat Józka, Bolesław wyjechał do Austrii i do Polski nie wrócił – wyjechał do Australii.

Przykrym był fakt, że przez 2 i pół roku męża często wzywali do Urzędu Bezpieczeństwa (UB) „spowiadali”, namawiali i zmuszali do współpracy, do donosów – a nawet bili. Zatrzymywali czasami przez całą dobę – „rozmawiali”, a potem wrzucali do izby wytrzeźwień, razem z pijakami.

Wyjazd do Australii przyjęliśmy jako wolę Bożą.

W Australii już w tym czasie były, Józka mama z Helą (siostra Józka). Wcześniej już tu był brat Józka – Bolesław, a także z Czechosłowacji przyjechali Hofmanowie Henryk i Danuta (najmłodsza siostra Józka).

W roku 1965 sprowadziliśmy moich rodziców czyli Antoninę i Sebastiana Antoniuków. Tato skończył 70 lat na statku, kiedy tu płynęli, a mama miała wtedy 68 lat.

Zrozumiałe, że po przybyciu do Australii trudno im było się przestawić – wyobraź sobie skok z Soc do Australii.

Po 5 latach postanowili wrócić niby w odwiedziny, ale po cichu planowali pozostać – jednak po 4 miesiącach wrócili. Potem jeszcze myśleli o wyjeździe, ale byli już coraz starsi i się rozmyślili.

Tato włączał się, tam  gdzie mógł w życie polskiego kościoła w Oakleigh.

Tato był dość żwawy i dawał sobie radę w życiu, dorabiał sobie i miał jakieś zajęcie.

Przyszedł jednak czas, że już zdrowie nie dopisywało i został w domu.

Długo nie wytrzymał, zaczął mówić do mamy, że chce kolportować – bo przecież do tego miał żyłkę od młodości. Mama nie chciała go zniechęcać, ale pytała jak dasz sobie radę – zdawała sobie sprawę, że przecież nie zna języka.

Poszedł do pastora Skrzypaczka. Kiedy oświadczył, że chce kolportować i poprosił żeby pastor przygotował mu jakieś czasopisma i książki – pastor zaczął się śmiać. Mówi, przecież ty bracie nie znasz ani języka, ani nie znasz tutejszych ludzi – jesteś starszy, bez auta…

Dla pastora wyglądało to takie nierealne, ale tato nie dał za wygrane i mówi – bracie przygotuj mi literaturę. Biblie poszedł i kupił w sklepie za swoje pieniądze i to w trzech językach Biblie. Kupił sobie tekę i pr Skrzypaczek jak to zobaczył – to dał tacie literaturę.

I tato poszedł i… dużo sprzedawał, rozdawał czasopisma i książkę „Droga do Chrystusa” – sam za to płacił.

I tak wychodził z domu z rana, a wracał wieczorem. Pracował tak do czasu, aż już nie mógł chodzić.

Tato nie opuścił żadnego Apelu Misyjnego (zbiórka pieniędzy na skrzyżowaniach ulic). Przez  swoją nieuwagę jednego razu został potrącony przez samochód. Miał problem, ale się nie poddawał – później ten wypadek spowodował problemy.

Tato był bardzo wierzącym człowiekiem, był prawym, od przykazań Bożych  nie odstępował i z tym skończył życie.

Mama do końca bardzo pilnowała sabatu, cały czas jeździła z  nami do kościoła na nabożeństwa. A jak już nie mogła – zostawałam z nią w domu.

Tato zmarł 21.06.1981 r. w wieku 87 lat, a mama 17.03.1989 r. mając 92 lata.

Obydwoje spoczywają w jednym grobie na cmentarzu Springvale, napis na nagrobku głosi prawdę, w którą głęboko obydwoje wierzyli:

„Ja wiem, że Odkupiciel mój żyje i nad grobem moim stanie”

rozmawiał, spisał i opracował: Bogusław Kot

© Wiadomości Polonii Adwentystycznej w Australii nr 4/2008 r (Polish Adventist News)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: